Category Archives: languages

Kto pyta…

Dziś stary post z nieaktywnego już bloga peterlinpl poddany pewnym poprawkom i uzupełnieniom.

***

Motto:

Dyplomatycznie wybadałem ich stanowisko metodą  pytania wprost

– powiedzenie em-es-zet-owskie

Kto pyta… ten czasem błądzi. Podróżując po Azji Środkowej, Iranie czy innych rejonach świata czasem ma się niemiłe wrażenie, że choć niby wszyscy wszystko wiedzą, to każdy strasznie kręci. Siedzi sobie tubylec pod wiatą przystanku, podchodzisz, pytasz kiedy autobus. W odpowiedzi streszcza ci cały rozkład, bardzo uczynny i miły. Tylko potem okazuje się, że ostatnie połączenia zlikwidowano dziesięć lat temu.

Problem w tym, że dla wielu ludzi przyznanie się do niewiedzy (i to wobec cudzoziemca, który z definicji jest zagubionym dziwakiem potrzebującym pomocy) równa się niesprostaniu oczekiwaniom, utracie twarzy. Pyta mnie, znaczy – powinienem wiedzieć.

Sytuacje turystyczne to w tym tekście tylko pretekst – nie chodzi mi o dawanie na nie recepty, bo chyba takiej nie ma. Chciałbym raczej zwrócić uwagę na, chyba dość rzadko uświadamiane, duże zróżnicowanie sposobów w jakie poszczególne  kultury traktują pytania.

Otóż różnią się one między sobą nie tylko tym o co wypada pytać (np. u jednych grzecznie jest pytać o zarobki/wiek/stan cywilny świeżo poznaną osobę, u innych robić tak nie bardzo wypada a u innych wreszcie – bardzo nie wypada), ale i czy w ogóle się pyta. W kulturze w której nie wypada odpowiedzieć „nie wiem” – a zjawisko to można dojrzeć już na Bałkanach – ludzie grzeczni nie zadają pytań, na które rozmówca może nie znać odpowiedzi, typu „a co to za człowiek, ten tam?” tylko mówią „o, ktoś tam jest”. Różnica? Pierwsza wersja domaga się konkretnej odpowiedzi, więc skłania by ją na poczekaniu wymyśleć. Z kolei druga pozostawia rozmówcy swobodę – może powiedzieć „tak faktycznie, teraz widzę”, może „a, widziałem go już tu kilka razy, przyjeżdża na targ” może też „aaa, znam, znam, to taki-to-a-taki” – i w każdym przypadku będzie to sensowny wkład do rozmowy. Niczyja godność ani samoocena nie zostają naruszone.

Są też języki i kultury, np. australijskie, w których model prowadzenia dyskusji praktycznie nie przewiduje czegoś tak osaczającego jak bezpośrednie pytanie, które ma tam mniej więcej taką konotację emocjonalną jak u nas odpytywanie przy tablicy czy przesłuchiwanie (= naprawdę nic miłego). Co ciekawe, w wielu tamtejszych językach, odpowiedniki słów typu „kto?” „co?” „dlaczego?” znaczą w istocie „ktoś” „coś” „z jakiegoś powodu”. Nie „dlaczego to zrobiłeś?” tylko „zrobiłeś to z jakiegoś powodu”. Obowiązującą zasadą nie jest proszenie o konkretną informację, ale jedynie sygnalizowanie luk własnej wiedzy.

***

I uzupełnienie – dwukrotnie zetknąłem się z przejmującymi opisami życiowych trudności, czy wręcz tragedii, na jakie naraża rdzennych Australijczyków nieprzystawalność ich sposobu komunikacji do tego używanego przez otaczający ich zewsząd świat anglojęzyczny.

Po pierwsze, zaobserwowano podobno silną tendencję do przyznawania się przez zatrzymanych przez policję Aborygenów do czynów przez siebie nie popełnionych. Bycie przesłuchiwanym jest tak wielkim stresem -m.in. ze względu na natarczywe pytania, oraz możliwość łamania kulturowych tabu (np. wymieniania imion osób nieżyjących, czego w większości kultur australijskich robić absolutnie nie wolno)- , że przyznanie się do czegokolwiek, byle tylko ten koszmar zakończyć, wydaje się sensownym rozwiązaniem. (Dochodzi do tego jeszcze wpojone przez lata przekonanie, że “biali i tak zrobią z nami co chcą” – ale to już kwestia pozajęzykowa)

Po drugie, wyczytałem gdzieś, że pośród Yolngu z Ziemii Arnhema (północna Australia) oczekiwana długość życia jest bardzo niska, bodaj około 50 lat, a przy tym większość ludzi umiera na stosunkowo łatwo wyleczalne (albo przynajmniej kontrolowalne) choroby typu gruźlica, cukrzyca czy chroniczne nadciśnienie; a wiele dzieci – z powodu infekcji, którym bardzo łatwo zapobiec. Rząd Australii od lat dotuje służbę zdrowia na terytoriach plemiennych, wysyła lekarzy i pielęgniarki, którzy przyjmują Yolngu za darmo, wyjaśniają podstawowe zasady higieny, przekazują lekarstwa, urządzają pogadanki, rozprowadzają broszury etc. Tylko że to niemal w ogóle nie działa. Yolngu słuchają uważnie zaleceń, ale się do nich nie stosują, a otrzymanych leków nie rozpakowują nawet – trafiają one albo do kosza na śmieci albo do rupieciarni. W wyniku tego większość lekarzy, którzy przyjeżdżają na te tereny powodowani chęcią pomocy, po jakimś czasie zaczyna uważać Yolngu za niebezpiecznych idiotów, którzy narażają życie własnych dzieci, a swoją pracę wśród nich za absolutnie pozbawioną sensu…

Okazuje się jednak, że problem, a przynajmniej duża jego część leży w języku. Yolngu są dość odizolowani od świata zewnętrznego i angielski znają dużo słabiej niż twierdzą, co oczywiście odbija się na zrozumiałości zaleceń lekarskich. Po drugie, przyznanie, że się czegoś nie rozumie mogłoby przez tych miłych ludzi, którzy chcą pomóc, być odebrane jako niewdzięczność, więc Yolngu się nie przyznają.

Później sprawy komplikują się jeszcze bardziej, bo część pielęgniarek i lekarzy zaczyna być kształcona spośród samych Yolngu, więc problemu komunikacji nie ma… Tyle że pozostaje problem kształcenia. Pielęgniarki Yolngu potrafią wyliczyć wiele rodzajów bakterii i rozwiązywać testy wiedzy medycznej, ale nie mają zielonego pojęcia np. jak działa antybiotyk. Nauczono ich formułek, których nie rozumieją. Zatem w obliczu choroby wciąż odwołują się do tego, co znają – medycyny tradycyjnej.

Istnieje od niedawna program prawdziwej edukacji medycznej prowadzony w Yolngu Matha (język Yolngu), który ma szansę poprawić sytuację, ale nie jest to takie proste…

***

A teraz, mała rewelacja dla tych, których dziwią czy śmieszą historie o ludziach mówiących “tak” dla świętego spokoju i nie przyznających się, że czegoś nie rozumieją, chociaż od tego zależy ich życie: ten sam mechanizm działa i u nas! Przypomnijmy sobie rozmowy z doradcą kredytowym czy inwestycyjnym, ubezpieczycielem, konsultantem sprzedaży firmy telekomunikacyjnej…  Kto czyta ze zrozumieniem wszystkie podpisywane dokumenty i dokładnie wie, na co się godzi? Czy nie jest tak, że większość ludzi przyjmuje w takich sytuacjach albo strategię “skoro pan/pani mówi że tak będzie najlepiej…” albo w wariancie negatywnym – “nie, nie chcę, nie potrzebuję, nie bo nie”?

Advertisements

Dziu-dziu-dziu! Ideofony w polskim.

Powiem wam teraz coś o polskim, czego nie wyczytałem w żadnej gramatyce. Ale najpierw zapytam:

Czy zdanie: Ona jest taka dziu-dziu-dziu, że aż trudno wytrzymać! jest dla was zrozumiałe? Dotychczasowe testy wskazują że tak, jak najbardziej. A przecież, jak to się mówi, “takiego słowa nie ma”. Napiszcie, co Waszym zdaniem znaczy że ktoś jest dziu-dziu-dziu, a okaże się, czy skojarzenia będą podobne do moich.

Moja teza: w polskim, podobnie jak w wielu innych (pewnie wszystkich) językach występują ideofony – klasa słów na ogół nieodmiennych i o charakterystycznych cechach fonetycznych (powtórzenia sylab, wyraźna symbolika dźwięków, elementy onomatopei). Od wyrazów dźwiękonaśladowczych różni je to, że opisują (a w zasadzie naśladują) nie same dźwięki, a inne wrażenia zmysłowe – czasem cały ich kompleks. Np. słowo “siorbanie” wywołuje u mnie nie tylko skojarzenia z dźwiękiem, ale i z ciepłem wciąganego płynu, no i samym ułożeniem warg i wsysaniem powietrza. dziu-dziu-dziu jest przykładem z nieco innej beczki, bo w przeciwieństwie do siorbania nie jest zintegrowane z maszynerią gramatyczną polskiego, nie przybiera końcówek, nie tworzy wyrazów pochodnych.

Może parę przykładów na różnice między opisem, a naśladowaniem, normalnym słowem a ideofonem?

Zając uciekał zygzakiem aż skrył się w lesie (swoją drogą zygzak to chyba też dawny ideofon).
vs.
Zając biegł i robił myk-myk aż skrył się w lesie.

Ferrari sąsiada minęło nas z dużą prędkością.
vs.
Ferrari sąsiada zrobiło zzziiiiu! obok nas.

Chyba jasne, prawda? Ideofony opisano najpełniej w językach Afryki Zachodniej (w tym w “moim” ewe), gdzie na ogół pełnią bardzo eksponowaną rolę – z ich pomocą opisuje się np. sposób poruszania się (różne rodzaje chodu, sposoby przelewania płynów – gęsty olej leje się inaczej niż woda, mieszanie ciasta) ale i inne wrażenia zmysłowe (nagłe stracenie czegoś z oczu, gwałtowny ruch listowia, widok mrówek biegających po mrowisku)…  Tak jest dużo bardziej zwięźle i jednoznacznie, niż przez opis, a i w sytuacjach “nowoczesnych” się takie wyrazy przydają – np. jak jednym słowem ująć ruch samochodów na zatłoczonym rondzie?

A na trochę innym poziomie przeciwstawienie funkcji opisowej języka jego  funkcji naśladowczej jest fascynujące i ma duże konsekwencje np. dla literatury, sposobu rozmowy, interakcji międzyludzkich, stosunku do wrażeń zmysłowych (my-europejczycy je ostro oddzielamy od dyskursu intelektualnego, ale taki rozdział jest wcale niekonieczny).

Ciekawe, że przez długi czas uważano, że takie nacechowane ekspresyjnie wyrazy są cechą wyłącznie języków społeczeństw gorzej rozwiniętych ekonomicznie i traktowano je jako dziecinne i niegodne uwagi. Tymczasem, ideofony pełnią dość ważną rolę także np. w japońskim, a są obecne – zgaduję teraz – w chyba wszystkich językach świata. Więcej o nich na tym fajnym blogu.

Pytanie otwarte:
Jako że miałem słaby kontakt z uniwersyteckim językoznawstwem, nie wiem, jaki jest obecny stan badań nad językiem polskim. Byłbym wdzięczny, gdyby ktoś bliżej związany z tą branżą rozwiał (bądź potwierdził) moje przekonanie, że tematy takie jak opisany wyżej pozostają wciąż poza obszarem zainteresowań naukowców.

Afghanisms in Persian

My friend Rémy LeBeau has posted a nice list of vocabulary items specific to Persian of Afghanistan along with transcription and Iranian Persian equivalents (so if you don’t read Iranian Persian already, they won’t be of much use). They  are taken from contemporary literature, but that doesn’t mean they’re all formal – in fact, they cross over all registers.

***

One thing I want to add to this selection – which looks more comprehensive than the most I’ve seen so far – is that the bulk of the differences between the two variants, is, I feel, a matter of mere preference for certain words which are known on both sides of the border. Ie. both Iranians and Afghans know that both X and Y mean the same thing, but Iranians are more likely to use the former, and Afghans the latter (while foreigners typically know only one word of such pairs, depending on which variety they have more contact with). The list which I link to focuses on those Afghan Persian words, the meaning of which would not be recognised by the average Iranian  reader.

Babylonians speak to us now

Let’s help the buzz spread:

A team from University of Cambridge put online a collection of Babylonian and Assyrian texts with recordings. Nerdcore!

Of course, neither the UoC team nor the rest of us (apart from the occasional necromancer perhaps – step up, folks I know you’re reading) can be sure how did the Babylonian language really sound like. So the recordings – a reconstuction based on modern Semitic languages – are probably quite far off. Still, a nice little thing to read and listen to.

I’ve seen this first on omniglot and later on languagehat. Both are really worth reading (LH better suits my tastes).

Siedem języków

Jeśli dobrze liczę, na tym blogu pojawiły się wpisy w siedmiu już językach, to jest w esperanto i po polsku, angielsku, rosyjsku, francusku, persku i irlandzku. Faktycznie, siedem. Irlandzki jest siódmy nieprzypadkowo. Funkcjonuje w nim powiedzenie “siedem języków” – seacht na dteangacha przy czym “siedem” znaczy tak naprawdę “wiele”. Jedno z wielu, które mi się tam podoba – i na słuch, i na sens.

Nigdy bloga siedmiojęzycznego nie widziałem (najbliżej jest celtycko-francuski blog Simona-omniglota), co jest samo w sobie ciekawostką, bo sieć przecież zaludniają różni dziwacy, więc któryś już dawno powinien na coś podobnego wpaść. I pewnie

Sprawa rodzi jednak trudność praktyczną – nie mogę zakładać, żeby moi czytelnicy potrafili w tych wszystkich (a będzie więcej – co najmniej dwa nowe już wkrótce) językach czytać, skoro ja sam znam je w bardzo różnym [i czasem, jak widać z krótkości i (byle)jakości tekstów, niezadowalającym] stopniu. Chciałbym uniknąć sytuacji, w której ktoś trafia tu przypadkiem i nigdy nie wraca, bo na pierwszej stronie wpisy w językach mu nieznanych. Dlatego też usystematyzowałem kategorie wg. języka tekstu (pod: pick-a-language), a wkrótce na stronie “About this blog” jakiś przewodnik po nawigacji.

Books for Irish

As you know I’m trying to teach myself Irish these days. My main sources are two books: Learning Irish by Micheal O’Siadhail and a three-volume set of Buntús Cainte which is, I think, an interesting and effective combination. I don’t want to fully review either of them but let me just say how their philosophies compliment each other.

“Learning Irish” is very demanding and grammar-heavy. The explanations are succint and you really have to pay attention or you’ll miss a footnote with an essential point. It progresses in a very systematic manner, one  which aims at giving the learner a sound understanding of the inner workings of the language and not at getting him to speak as soon as possible. As a result, there are no chatty dialogues and for one-third of the book you know just one verb – to be.  If you are patient, by the time you reach the end of the book, you’ll have achieved a solid competence in Irish, be sure of that. There are many exercises (and the key!) and all the reading passages are translated. The variety being taught is Cois Fharraige dialect, a variety of Connamara (ie. western) Irish, which again contrasts “Learning Irish” with “Buntús Cainte” because the latter teaches  Standard Irish (but SI is sort of close to Connamara, so that’s not a big problem).

If “Learning Irish” is serious then “Buntús Cainte” is above all fun. It gives no dull explanations, has lots of  cute and  funny pictures and teaches conversation right from the start. The point is, going by it alone, you would never get the idea that there are two genders in Irish and thus you wouldn’t be able to predict eg. if a new noun is lenited after an or not. If you learn your grammar elsewhere, “Buntús Cainte” serves as an excellent source of conversation patterns.

In short – I recommend them both, but only in tandem.

Zaćmienie / The darkening

I learnt a new Persian word  yesterday a couple days before: آفتاب گرفتگی [aftab gereftegi] which means ‘solar eclipse’ and immediately a following chain of thoughts and associations was launched:

It’s quite funny how the words for “eclipse” in Persian, English and Polish differ in what do they originally/etymologically mean. آفتاب گرفتگی would translate literally as sth like “the taking of the Sun”, while English “eclipse” originally meant sth like “failure to appear in usual place; cessation of existence”. The Polish word for that, “zaćmienie” means literally “the darkening over”. So three different approaches, three different metaphores.

The meanings of the root of the Polish word are also interesting: the root “ćma” in modern Polish usually means “moth” but its earlier meanings of “darkness” (now we say “ciemność” for that sense) and “a crowd; a mulititude of people/objects” are recognisable for any educated speakers.

October challenge

I am a busy man. I have a responsible and demanding job. Since not a long time ago I am also a pater familias with added responsiblities. That means I don’t have as much time for dabbling with random things as I used to. But good times are coming!

For three weeks in October my workload will be reduced and at the same time my family will be away, leaving me in loneliness and grief, but also with more time on my hands. Right now I am caught in an uneven struggle between my common sense on one side and my penchant for wasting away my time in extravagant and useless ways on the other. Reason tells me to  make good use  of this added time to finally push my French up a notch and start using it. But the heart has its reasons which the reason doesn’t know, as somebody (I know who) said. And my heart (alternatively: my inner demon) tells me to embark on a linguistic challenge:

I picked five languages I had once learned to an “advanced beginner” level, but then dropped and have since forgotten almost entirely:

Italian
Finnish
Hungarian
Turkish
Arabic

Then I made another listing of five languages, consisting of those which I either never learned, or abandoned after only a couple of lessons:

Chinese
Kurdish
Somali
Adyge (or Chechen or Lak)
Latin

I thought of picking one language from each of the lists and then see how much can I re-learn or learn in a short period of time. I can’t make my mind on which one(s) to choose, and I really have no preference, so I’ll probably make a decision at random. But first, I thought, it might be amusing to fish for suggestions / opinions / comments. Which is what I am doing right now.

Learning on your own

The advantage of classroom study over learning on your own lies – for me at least – not in the instructor being able to explain to you the most difficult things and help to understand them better, and neither in being able to socialize with and be encouraged by your studymates. No – in my experience the instructors are usually incompetent (either they don’t know the language, or they don’t know how to teach, or both) and the classmates are usually either braindead or whiny or annoying in one of the 1001 other ways.

The main advantage of classroom study is in that it forces you (me) to schedule your learning. 2 hours/week is a scrap, but it’s better to have 2 hours every week than to work a couple of 20-hour study weeks and then abandon a language for two months. The latter is what happens to me every so often. I move fast, stop for a long while and then have to pick it up from scratch again. And again. Oh, and yet another thing – repetitions and exercise drills. If you’re on your own, it’s all too easy to skip them – they’re too easy and too boring anyway. But the result is that it just doesn’t sink it as well as it should. Again, classroom and your dull and slow classmates help you here – subject to “deja vu all over again” you can’t help but form habits which are essential for active use of language.

The point of this post is that I am happy to report that I seem to have made progress on that front. I duly do my exercises and work on my Irish and Armenian at a painfully slow page-by-page pace. Let’s see how much longer will it last. For now I even (sort of) resisted the urge to do something new and exciting… but see the upcoming post on October challenge.

Co miłośnik języków powinien 2

W poprzednim odcinku napisałem mniej więcej tyle,  że ciekawie i może nawet użytecznie jest zajmować się, choćby pobieżnie, językami jak najbardziej różnymi od dotychczas nam znanych i od siebie nawzajem. Ale jak tę “różność” wykryć i zmierzyć? Co to znaczy że język X jest bardziej niż Y różny od języka Z?

Nie mam dobrej odpowiedzi, więc przytoczę tu po prostu swój tok myślenia z czasów, kiedy moja przygoda z “dziwnymi” językami się zaczynała. Wyczytałem gdzieś (pewnie w Majewiczu – Języki świata i ich klasyfikowanie; albo w Milewskim) o czterech czy pięciu podstawowych typach struktury gramatycznej i postanowiłem, że “z każdego typu po trochu”. Dodałem do tego odrobinę wiedzy o ligach językowych i zróżnicowaniu terytorialnym i postanowiłem, że wypadałoby wiedzieć cośkolwiek o językach każdego kontynentu. No i pomyślałem oczywiście o pokrewieństwie genetycznym – moje podejście: co najmniej po jednym języku z każdej głównej rodziny językowej, z każdej podrodziny indoeuropejskiej i z każdej podgrupy słowiańskich.

Z biegiem czasu wyrobiłem sobie jeszcze przekonanie, że warto poznać jakiś język mniejszościowy, jakiś język słabo standaryzowany i wreszcie jakiś język zagrożony (żeby zorientować się, jakie konsekwencje te sytuacje społeczne – zagrożenie, mniejszościowość, brak standaryzacji – mają i dla języka i dla władającej nim społeczności). Jeszcze później doszedłem do wniosku, że warto przynajmniej na chwilę przystanąć nad którymś z języków migowych (i znów zastanowić się nad konsekwencjami psychologicznymi i społecznymi – zostawię ten temat na inną okazję – pytając teraz prowokacyjnie: ‘Czy polski Głuchy to to samo co głuchy Polak? Czy polski Głuchy jest w ogóle Polakiem?’).

A teraz szczegółowiej:

Zacznijmy od zróżnicowania typologiczno-gramatycznego. W różnych opracowaniach można wyczytać jak to w ujęciu ogólnym każdy język można przyporządkować do jednego z czterech czy pięciu reprezentowanych na świecie typów struktury gramatycznej. Dla porządku należy podkreślić, że klasyfikacja ta jest bardzo umowna, typy w stanie czystym nie występują (tj. w każdym praktycznie języku można odnaleźć cechy charakterystyczne dla kilku różnych typów), granice między nimi i kryteria przyporządkowania do nich nie są jasne, a wokół całej sprawy toczy się dyskusja ekspertów, każdy z których ma własne widzimisię. Powiedziawszy to wszystko, powiedzmy słówko o typach, kreśląc ich ogólny obraz bardzo grubym pędzlem.

Są otóż na świecie języki:

A. Fleksyjne, czyli takie, w których związki pomiędzy poszczególnymi elementami wypowiedzi wyrażane są przez końcówki wyrazów. Mamy tu na ogół do czynienia z systemem rozróżniania liczb, przypadków i rodzajów, oraz z bardzo rozwiniętą składnią zgody (rzeczownik danego rodzaju w danym przypadku może być określany tylko przez przymiotnik tegoż rodzaju i przypadku) i rządu (dopełnieniem czasownika X może być rzeczownik bądź grupa imienna stojąca w przypadku Y). Czasowniki posiadają co do zasady odrębne formy (końcówki, a czasem i rdzenie) dla każdej kombinacji osoby, liczby, czasu (ew. jeszcze strony i trybu). Poszczególne części mowy są silnie oddzielone od siebie (ten sam wyraz nie może być np. jednocześnie rzeczownikiem i czasownikiem). Ponieważ w końcówkach wyrazów wyrażona jest już duża część informacji składniowej (co jest podmiotem, co dopełnieniem etc) szyk zdania może – przynajmniej teoretycznie – być bardzo swobodny, czy wręcz dowolny. Typowe języki fleksyjne to łacina i polski, mniej typowe – języki romańskie; poza rodziną indoeuropejską typ ten jest dość rzadki (tak przynajmniej mi się wydaje). Jako że po polsku już mówiłem, inne języki fleksyjne to nie był mój gramatyczny priorytet.

B. Izolujące vel analityczne (ja wiem że upraszczam i że jedno to nie do końca to samo co drugie). W tych językach stosunki gramatyczne wyrażane są nie przez elementy słów (końcówki etc.) ale przez szyk zdania (angielskie the dog bites the cat vs. the cat bites the dog) i odrębne słowa (np. przysłówki czasu zamiast informacji o czasie wpisanej w czasownik). Angielski jest językiem umiarkowanie izolującym, dużo dalej w tym kierunku idą np. chiński czy indonezyjski w których gramatyczne kategorie czasu, osoby i liczby praktycznie nie istnieją (a jeśli to w b. ograniczonym zakresie). Charakterystyczny dla (niektórych) języków pozycyjnych jest brak ostrych różnic pomiędzy częściami mowy. W zależności od miejsca w zdaniu, ten sam wyraz pełni różne funkcje. Najczęstsze jest rozmycie granic między przymiotnikiem a czasownikiem, ale proces ten może iść dużo dalej.

C. Alternacyjne. Czyli języki fleksji wewnętrznej. Typ ten – przynajmniej w swojej najbardziej charakterystycznej formie – reprezentowany jest przez języki rodziny semickiej (i w bardziej ograniczonym zakresie – inne języki afroazjatyckie), a jego specyfiką jest, że (uwaga, znów duże uproszczenie) spółgłoskowe rdzenie wyrazu ogólnie wskazują na jego znaczenie, zaś konkretnych informacji gramatycznych (przypisanie do części mowy, osoba, czas, liczba) udziela układ rozdzielających je samogłosek i afiksów. By użyć oklepanego przykładu, KTB to w arabskim rdzeń o abstrakcyjnym znaczeniu ‘pisać’, dający m.in. takie konkretne formy jak: KiTaaB ‘książka’; KuTuB ‘książki’; KaTaBa ‘pisał’; jaKTuBu ‘pisze’; KaaTiB ‘pisarz’; maKTuB ‘list’ itd. itd. W większości (choć nie wszystkich) przypadków, znaczenie konkretnej formy daje się regularnie wyprowadzić z rdzenia i układu samogłosek.

D. Aglutynacyjne. Czyli sklejane. Języki w których konkretne formy wyrazów tworzone są poprzez dołączanie do siebie, w ściśle określonym porządku cząstek oznaczających osobę, liczbę, czas, tryb, modalność, przynależność czy inne jeszcze rzeczy. Zasadnicza różnica między nimi a językami typowo fleksyjnymi polega na tym, że w tych ostatnich jedna niepodzielna cząstka może informować o kilku elementach łącznie (‘-om’ w ‘chłopcom’ to jednocześnie liczba mnoga i celownik) podczas gdy w językach typowo aglutynacyjnych można łatwo wyodrębnić cząstki odpowiedzialne za poszczególne elementy znaczenia (w lezgińskim ‘chłopcom’ to gadajriz, gdzie ‘gada’ – chłopiec; -jr – liczba mnoga; -iz – celownik). Za typowo aglutynacyjne uważa się języki tureckie i ugrofińskie, rzadziej wspominając o tym, że typ ten znaleźć można także w językach rodziny bantu, niektórych kaukaskich (jak lezgiński) czy w keczua.

E. Inkorporujące i polisyntetyczne. Znów dwa terminy, które dokładnymi synonimami nie są, ale często bywają używane zamiennie. Inkorporacja to włączanie do orzeczenia informacji o pozostałych częściach zdania (np. o osobie którą wyrażone jest dopełnienie). W językach inkorporujących zamiast “widzę dziewczynę” mówi się coś w rodzaju “widzę-ją dziewczynę”, zaś “damy wam jabłka” to mniej więcej “damy-wam-one jabłka”, “nie wydam cię policji” – “nie wydam-im-ciebie policji”. Z kolei polisynteza to proces tworzenia ad hoc czasowników włączających w siebie całą treść zdania, poprzez mnogość cząstek gramatycznych opisujących wszelkie możliwe aspekty sytuacji i “łykanie” dopełnienia. Przez “łykanie” rozumiem proces wyglądający mniej więcej tak, że zamiast “widzę samochód” mówiłbym “widsamochódzę”. Inkorporację dopełnienia znaleźć można w językach bantu, ale też w baskijskim, gruzińskim i – w szczątkowym zakresie – węgierskim. Oba procesy są bardzo produktywne w wielu językach indiańskich, np. w irokeskich. W mingo “złodziej samochodów” to dosłownie “on-samochód-kradnie-często” (przy czym ‘tłumaczenie’ jest mylące, bo w mingo mamy do czynienia ze zlepkiem cząstek, a nie samodzielnych wyrazów), a główny bohater jednej z moich czytanek nazywał się po angielsku “Lost Arrow” a tak naprawdę “jeg0-strzała-zgubiłasię”.

Wróćmy znów do mojej historii choroby: Fleksyjny język znałem, jako się rzekło, od dziecka, ale to mnie nie zadowalało, więc pouczyłem się trochę łaciny. Lekko analityczny angielski też znałem, ale chciałem więcej więc równolegle z łaciną uczyłem się chińskiego. Z alternacyjnymi wielkiego wyboru nie ma, w moim przypadku był to arabski (chociaż hebrajski jest bardziej regularny). Odrobinkę potem był fiński, a polisyntezę “załatwił” mi mingo, na który trafiłem w internecie. Tym sposobem cel jako-takiego zaznajomienia się z językami wszystkich głównych typów osiągnąłem jakoś na pierwszym, najpóźniej drugim, roku studiów… ale to nie koniec… cdn.