Category Archives: po polsku

Nowy Rok

W nawiązaniu poprzednich postów  małe uzupełnienie i konkretyzacja planów na 2011.

Nauka

Irlandzki – 2 kwietnia egzamin (B2). Do końca lutego okaże się, czy to realne. Oczywiście ważny jest nie sam egzamin, ani tym bardziej jego wynik, ale to jak dobrze zdołam się przygotować, zważywszy na szczupłość czasu, wątłość motywacji i ogólną bezsensowność przedsięwzięcia :)

Coś innego – zobaczymy później, kolejka jest długa: węgierski, ormiański, turecki, arabski, chiński, kurdyjski (i inne: patrz poprzednie wpisy), można wybrać najwyżej jeden;

Praktyka / Doskonalenie / Czytanie

Perski – rozwinąć słownictwo, żeby mówić i pisać nie tylko składnie ale i ładnie; nabyć trochę głębszą wiedzę o literaturze klasycznej; pielęgnować kontakty i uczyć się od rozmówców;

Rosyjski – pisać czasem, czytać często

Francuski, Włoski – czytać czasem

Zbieranie / Pisanie / Publikowanie

Perski – doprowadzić podręcznik do jakotakiej formy; uzupełnić internetowy słowniczek persko-polski o część polsko-perską (mniejszą); napisać zarys rozmówek polskich dla Irańczyków;

Lezgiński, Maryjski, Ewe – rozbudowywać strony internetowe i czegoś się przy okazji nauczyć.

W związku z tym, że powyższe plany są bardzo ambitne, a czasu wolnego będzie raczej mniej niż więcej, najprawdopodobniej aktywność tego bloga – i tak przecież nie zachwycająca – ulegnie ograniczeniu. Może stanie się on poletkiem ćwiczeń językowych, a może zamrze zupełnie. Czas pokaże.

Advertisements

Perskie koty (po małych przeróbkach)

Próbując ocenić czyjąś wiarygodność, bacznie przyglądam się temu, co ma do powiedzenia w sprawach, o których ja sam wiem cokolwiek więcej. Jeśli widzę, że, mówiąc łagodnie, mija się z prawdą, albo, jak pisałem na tym blogu “pakuje puste”, to nie ufam mu (jej) odtąd wcale, zwłaszcza w kwestiach, o których pojęcie mam słabsze. Jak bowiem mógłbym zweryfikować czy i tam nie kręci?

I właśnie w wyniku takiego testu od wczoraj nie wierzę pani Anicie Piotrowskiej, która, jak wynika z Google’a jest jednym z bardziej znanych i uznanych polskich krytyków filmowych.

O co mi idzie?

Otóż wczoraj przed projekcją filmu “Nikt nie wie o perskich kotach” na kanale “Ale Kino” występująca w charakterze eksperta-“wprowadzacza” pani Piotrowska naopowiadała tyle niedorzeczności, że aż przykro było słuchać. To znaczy same stwierdzenia byłyby nawet zabawne, gdyby nie to, że pewnie przez część słuchaczy-oglądaczy zostaną wzięte za dobrą monetę. I niektóre irytujące mity/klisze myślowe funkcjonujące w Polsce na temat Iranu zostaną utrwalone. A szkoda.

Z poszczególnymi tezami na temat Iranu – ogólnej sytuacji, charakteru systemu politycznego nie będę polemizował, powiem jedynie tyle, że albo ja mieszkam w jakiejś potiomkinowskiej wiosce udającej tylko Teheran, albo panią Piotrowską ponosi fantazja i dziennikarska skłonność do “podkręcania” rzeczywistości. Dementuję zatem – przyjazd do Iranu nie wymaga szczególnej odwagi i nie wiąże się ze szczególnym ryzykiem. Nie grasują tu ludożercy, wilkołaki i dzikie bestie. Ludzie zajmują się swoimi sprawami, nie mówią szeptem i nie oglądają za siebie ze strachem.

Na marginesie, jeśli państwo jest “totalitarne” bo “mówi obywatelom co mają jeść, jak się ubierać i jak zachowywać” to praktycznie wszystkie nowoczesne państwa są w tym sensie “totalitarne” (bo kontrolują czego obywatele się uczą, jakich używek mogą używać [dopalacze! zakaz palenia!], czy nawet – co mogą jeść [kontrole sanitarne/weterynaryjne żywności/normy spożywcze etc]). Czepiam się oczywiście – rozumiem przecież, że znów chodzi o chusty, które w Iranie powinny być na głowach i alkohol, którego w głowach nie powinno być [eh, gdyby to rzeczywiście były najpoważniejsze irańskie problemy…] – ale irytuje mnie niedbałe formułowanie myśli i używanie słów bez refleksji nad tym, co też one znaczą.

A wracając do Polski – jeśli Anita Piotrowska wydała książkę w 1997, to powinna pamiętać (choćby i z opowieści starszych kolegów) jak wyglądało życie kulturalne w PRLu. A nie było to tak odległe, np. pod względem stosunku do muzyki rockowej, od sytuacji panującej teraz w Iranie (a pod wieloma względami Iran jest liberalniejszy!). Występującym w filmie muzykom nie grożą jakieś straszne konsekwencje (jeśliby tak było, to czy występowaliby pod własną twarzą i nazwiskiem?) – nie mają gdzie grać, mogą zostać zatrzymani za zakłócanie spokoju (sam bym wezwał straż miejską gdyby w moim bloku na Kaliskiej miał próby zespół heavy metalowy – wy nie?),  dostać grzywnę, oberwać od dzielnicowego, stracić instrumenty. Zgoda – uciążliwe, frustrujące, deprymujące. Ale nie róbmy z nich – jak to robi pani Piotrowska – nie wiadomo jakich miejskich partyzantów co to z miłości do muzyki Sigur Ros swój życia los kładą na stos…

Ale pozostawmy Iran na boku, bo zarzut braku znajomości  realiów polityczno-społecznych panujących w tym kraju – kiedy postawiony krytykowi filmowemu, w końcu nie iraniście – jest dużo mniej poważny niż zarzuty nieznajomości warsztatu (tj. wykorzystywanych w filmie środków technicznych) oraz niedostatku wiedzy na temat samego irańskiego kina. A je także można Anicie Piotrowskiej postawić.

Co do warsztatu – okiem laika (tj. moim) wyraźnie widać, że wszystkie sceny (poza szybkimi przebitkami ‘pod muzykę’) są aranżowane. Mówi o tym praca kamery, reakcje aktorów. Prosta sprawa, film nie aspiruje do tego by być dokumentem, czy nawet udawanym dokumentem. Tymczasem pani Piotrowska spekuluje nt. ‘ukrytej kamery’ w scenach aresztowania czy rozmowy w sądzie. Dla porządku – podczas tej pierwszej kamera przenosi się do wnętrza policyjnego samochodu, a bohatera drugiej – Nadera gra Hamed Behdad, jedyny naprawdę znany irański aktor obsadzony w tym filmie (swoją drogą, czy to nie zabawne, że wg wielu internetowych recenzji to właśnie Nader wypada najbardziej autentycznie?)… To naprawdę żaden problem zajrzeć przed występem na wikipedię czy imdb.com żeby móc odróżnić kreację od relacji.

I tak płynnie przechodzimy do słabej orientacji w irańskim kinie. Chwalić Boga mamy 2010 rok – od pierwszego zachłyśnięcia się Kiarostamim i Machmalbafem minęło 10 czy 12 lat. Jak długo jeszcze można powtarzać w kółko te same frazesy o ‘pięknych kadrach’, ‘powolnym tempie’, ‘łagodnej poetyce irańskiego kina’ dodając tylko nowe tytuły (na ogół wciąż tych samych reżyserów) do wyliczanki? Czy nie wypadałoby wspomnieć o zarzutach stawianych od dawna, w tym także i Ghobadiemu (którego skądinąd bardzo cenię) o robienie kina “festiwalowego” z założenia obliczonego na zyskanie poklasku u zachodniego odbiorcy, a oderwanego od irańskich gustów? Czy nie wypadałoby mieć przynajmniej jakie takie pojęcie o tych corocznie produkowanych kilkudziesięciu irańskich filmach, które nie są pokazywane na europejskich festiwalach?  Prawda, większość to miałkie melodramaciki i głupawe komedyjki, ale są też filmy interesujące (np.  Abdolrezy Kahaniego – Bist ‘Dwadzieścia’; Hich ‘Nic’ ) – znalezienie większości z nich w internecie jest dość proste. Jeśli irańska publiczność Kiarostamich nie ogląda – a nie ogląda, o czym od dawna wiadomo – to czy nie wypadałoby się przyjrzeć, choćby po to, żeby później odwrócić się z niesmakiem, temu kinu, które w Iranie jest popularne?

I znów wtręt polski. Przyszła mi na myśl analogia. Na filmy Barei nasi intelektualiści z Bożej łaski zwykli kręcić nosem. Prymitywne, chłam, słaby warsztat. Tymczasem taki “Miś” jest nie tylko od “Barw Ochronnych”  (tytułem przykładu) chętniej oglądany, ale i przekazuje dużo więcej prawdy o Polsce. I otóż w Iranie powstaje całkiem sporo filmów (i seriali też), które można z rzeczonym “Misiem” porównać. Chciałoby się, oj chciałoby, by ich istnienie zostało dostrzeżone (postulat mało realny, bo tak jak i “Miś” są one dość hermetyczne – żeby zrozumieć komizm, trzeba dobrze znać realia).

Po wtręcie – podsumowanie.

Rozumiem, że pięciominutowa pogadanka przed filmem nie może i nie powinna przerodzić  się  w wykład nt. “Nieznane niedzielnym kinomanom aspekty irańskiej kinematografii” i nie może dawać odpowiedzi na wszystkie pytania,  jakie stawiam, ale od krytyka filmowego (a nie niedzielnego kinomana) można oczekiwać, by przynajmniej dobrze przygotował się merytorycznie, nie powielał w nieskończoność tych samych klisz, no i nie opowiadał banialuk o sprawach o których nie ma zielonego pojęcia.

***

Uff. Teraz o filmie:

“Nikt nie wie o perskich kotach” to nie do końca film. Albo inaczej – to film niedokończony. I fabuła i bohaterowie to jedynie zarysy, szkice prawdziwej , pełnokrwistej fabuły i bohaterów. To, co mamy, to kilka rozmów, kilka anegdot i kilka numerów muzycznych zlepionych w jedną całość przez  obecność pary głównych bohaterów wyciętych z kartonu, no i jedynej prawdziwej postaci,  to jest takiej o której da się cokolwiek powiedzieć, poza tym, że stoi w kadrze, a którą jest oczywiście jedyna nieprawdziwa postać – czyli wspomniany wyżej aktor.

Ta niby recenzja jest i jeszcze będzie raczej zgryźliwa, więc dla przeciwwagi powiem o tym, co mi się niezwykle spodobało. A spodobało mi się, że wyraźnie widać, że reżyser i operator Teheran dobrze znają i bardzo lubią. To jest w końcu miasto, gdzie już dosyć długo mieszkam, z którym się zdążyłem zżyć, choć jeszcze nie poznać. Miło mi powiedzieć, że te wszystkie przejścia montażowe i przebitki dobrze oddają klimat tego, co widzę codziennie. No i przebija z nich głęboka sympatia, czułość nawet. I nostalgia. Super.

Jedną z rzeczy najbardziej rzucających się w oczy w Teheranie jest ogrom biedy i nieszczęścia sąsiadujący z luksusem. Dobrze, że “perskie koty” zauważają tych ludzi śpiących na kartonach, te dzieci pracujące po 10 godzin dziennie, jednocześnie nie koncentrując się wyłącznie na nich. Szkoda, że spośród występujących w filmie artystów jedynie Hichkas zajmuje się  w tekstach czymś więcej niż sentymentalna samoanaliza.

Właśnie, muzyka, film przecież o niej. Niestety, z wyjątkiem Hichkasa i Rany Farhan nic do mnie nie przemówiło. Albo bylejakie albo infantylne albo żenujące. Zespół głównych bohaterów – bardzo, bardzo słaby. Cóż,  nietrafianie w mój słaby gust to nie grzech. Nie jest też wadą filmu, że traktuje o problemie, który mnie specjalnie nie wzrusza. To, że nie uważam, żeby brak możliwości dawania koncertów, głośnego grania i wyśpiewywania nastoletnich głupot po angielsku był czymś nad czym należy pochylić się z troską, nie znaczy, że ktoś inny tak uważać nie może.

Film zatem nie dla mnie, ale innym może się spodobać. Jedyne, co mnie troszkę niepokoi, to powielanie schematu “młodzi chcą żyć jak na zachodzie, chcą się bawić, chcą być wolni; a wredne władze im nie dają”. To duże uproszczenie i jedynie część obrazka. W dodatku część dużo mniej – moim zdaniem – interesująca. Bardziej niż ci co do nas podobni w stylu życia i gustach intrygują mnie bowiem ci, co do nas podobni nie są.

Szkoda że, jak widać choćby z recenzji na imdb.com, powyższy schemat często przesłania obiektywne cechy działa,
a film podoba się nie sam w sobie, dlatego że dobry, ale dlatego, że “ci biedni ludzie są tak dzielni” albo, że został nakręcony “w tym strasznym Iranie, z narażeniem życia” i to jeszcze “przez reżysera, który takie piękne filmy zrobił”… Rozumiem, że nie sposób w stu procentach oddzielić dzieło od kontekstu w jakim powstawało, ale podstawą do oceny powinny być jego walory artystyczne, a nie okoliczności zewnętrzne (choćby nie wiem jak dramatyczne).

Kto pyta…

Dziś stary post z nieaktywnego już bloga peterlinpl poddany pewnym poprawkom i uzupełnieniom.

***

Motto:

Dyplomatycznie wybadałem ich stanowisko metodą  pytania wprost

– powiedzenie em-es-zet-owskie

Kto pyta… ten czasem błądzi. Podróżując po Azji Środkowej, Iranie czy innych rejonach świata czasem ma się niemiłe wrażenie, że choć niby wszyscy wszystko wiedzą, to każdy strasznie kręci. Siedzi sobie tubylec pod wiatą przystanku, podchodzisz, pytasz kiedy autobus. W odpowiedzi streszcza ci cały rozkład, bardzo uczynny i miły. Tylko potem okazuje się, że ostatnie połączenia zlikwidowano dziesięć lat temu.

Problem w tym, że dla wielu ludzi przyznanie się do niewiedzy (i to wobec cudzoziemca, który z definicji jest zagubionym dziwakiem potrzebującym pomocy) równa się niesprostaniu oczekiwaniom, utracie twarzy. Pyta mnie, znaczy – powinienem wiedzieć.

Sytuacje turystyczne to w tym tekście tylko pretekst – nie chodzi mi o dawanie na nie recepty, bo chyba takiej nie ma. Chciałbym raczej zwrócić uwagę na, chyba dość rzadko uświadamiane, duże zróżnicowanie sposobów w jakie poszczególne  kultury traktują pytania.

Otóż różnią się one między sobą nie tylko tym o co wypada pytać (np. u jednych grzecznie jest pytać o zarobki/wiek/stan cywilny świeżo poznaną osobę, u innych robić tak nie bardzo wypada a u innych wreszcie – bardzo nie wypada), ale i czy w ogóle się pyta. W kulturze w której nie wypada odpowiedzieć „nie wiem” – a zjawisko to można dojrzeć już na Bałkanach – ludzie grzeczni nie zadają pytań, na które rozmówca może nie znać odpowiedzi, typu „a co to za człowiek, ten tam?” tylko mówią „o, ktoś tam jest”. Różnica? Pierwsza wersja domaga się konkretnej odpowiedzi, więc skłania by ją na poczekaniu wymyśleć. Z kolei druga pozostawia rozmówcy swobodę – może powiedzieć „tak faktycznie, teraz widzę”, może „a, widziałem go już tu kilka razy, przyjeżdża na targ” może też „aaa, znam, znam, to taki-to-a-taki” – i w każdym przypadku będzie to sensowny wkład do rozmowy. Niczyja godność ani samoocena nie zostają naruszone.

Są też języki i kultury, np. australijskie, w których model prowadzenia dyskusji praktycznie nie przewiduje czegoś tak osaczającego jak bezpośrednie pytanie, które ma tam mniej więcej taką konotację emocjonalną jak u nas odpytywanie przy tablicy czy przesłuchiwanie (= naprawdę nic miłego). Co ciekawe, w wielu tamtejszych językach, odpowiedniki słów typu „kto?” „co?” „dlaczego?” znaczą w istocie „ktoś” „coś” „z jakiegoś powodu”. Nie „dlaczego to zrobiłeś?” tylko „zrobiłeś to z jakiegoś powodu”. Obowiązującą zasadą nie jest proszenie o konkretną informację, ale jedynie sygnalizowanie luk własnej wiedzy.

***

I uzupełnienie – dwukrotnie zetknąłem się z przejmującymi opisami życiowych trudności, czy wręcz tragedii, na jakie naraża rdzennych Australijczyków nieprzystawalność ich sposobu komunikacji do tego używanego przez otaczający ich zewsząd świat anglojęzyczny.

Po pierwsze, zaobserwowano podobno silną tendencję do przyznawania się przez zatrzymanych przez policję Aborygenów do czynów przez siebie nie popełnionych. Bycie przesłuchiwanym jest tak wielkim stresem -m.in. ze względu na natarczywe pytania, oraz możliwość łamania kulturowych tabu (np. wymieniania imion osób nieżyjących, czego w większości kultur australijskich robić absolutnie nie wolno)- , że przyznanie się do czegokolwiek, byle tylko ten koszmar zakończyć, wydaje się sensownym rozwiązaniem. (Dochodzi do tego jeszcze wpojone przez lata przekonanie, że “biali i tak zrobią z nami co chcą” – ale to już kwestia pozajęzykowa)

Po drugie, wyczytałem gdzieś, że pośród Yolngu z Ziemii Arnhema (północna Australia) oczekiwana długość życia jest bardzo niska, bodaj około 50 lat, a przy tym większość ludzi umiera na stosunkowo łatwo wyleczalne (albo przynajmniej kontrolowalne) choroby typu gruźlica, cukrzyca czy chroniczne nadciśnienie; a wiele dzieci – z powodu infekcji, którym bardzo łatwo zapobiec. Rząd Australii od lat dotuje służbę zdrowia na terytoriach plemiennych, wysyła lekarzy i pielęgniarki, którzy przyjmują Yolngu za darmo, wyjaśniają podstawowe zasady higieny, przekazują lekarstwa, urządzają pogadanki, rozprowadzają broszury etc. Tylko że to niemal w ogóle nie działa. Yolngu słuchają uważnie zaleceń, ale się do nich nie stosują, a otrzymanych leków nie rozpakowują nawet – trafiają one albo do kosza na śmieci albo do rupieciarni. W wyniku tego większość lekarzy, którzy przyjeżdżają na te tereny powodowani chęcią pomocy, po jakimś czasie zaczyna uważać Yolngu za niebezpiecznych idiotów, którzy narażają życie własnych dzieci, a swoją pracę wśród nich za absolutnie pozbawioną sensu…

Okazuje się jednak, że problem, a przynajmniej duża jego część leży w języku. Yolngu są dość odizolowani od świata zewnętrznego i angielski znają dużo słabiej niż twierdzą, co oczywiście odbija się na zrozumiałości zaleceń lekarskich. Po drugie, przyznanie, że się czegoś nie rozumie mogłoby przez tych miłych ludzi, którzy chcą pomóc, być odebrane jako niewdzięczność, więc Yolngu się nie przyznają.

Później sprawy komplikują się jeszcze bardziej, bo część pielęgniarek i lekarzy zaczyna być kształcona spośród samych Yolngu, więc problemu komunikacji nie ma… Tyle że pozostaje problem kształcenia. Pielęgniarki Yolngu potrafią wyliczyć wiele rodzajów bakterii i rozwiązywać testy wiedzy medycznej, ale nie mają zielonego pojęcia np. jak działa antybiotyk. Nauczono ich formułek, których nie rozumieją. Zatem w obliczu choroby wciąż odwołują się do tego, co znają – medycyny tradycyjnej.

Istnieje od niedawna program prawdziwej edukacji medycznej prowadzony w Yolngu Matha (język Yolngu), który ma szansę poprawić sytuację, ale nie jest to takie proste…

***

A teraz, mała rewelacja dla tych, których dziwią czy śmieszą historie o ludziach mówiących “tak” dla świętego spokoju i nie przyznających się, że czegoś nie rozumieją, chociaż od tego zależy ich życie: ten sam mechanizm działa i u nas! Przypomnijmy sobie rozmowy z doradcą kredytowym czy inwestycyjnym, ubezpieczycielem, konsultantem sprzedaży firmy telekomunikacyjnej…  Kto czyta ze zrozumieniem wszystkie podpisywane dokumenty i dokładnie wie, na co się godzi? Czy nie jest tak, że większość ludzi przyjmuje w takich sytuacjach albo strategię “skoro pan/pani mówi że tak będzie najlepiej…” albo w wariancie negatywnym – “nie, nie chcę, nie potrzebuję, nie bo nie”?

Dziu-dziu-dziu! Ideofony w polskim.

Powiem wam teraz coś o polskim, czego nie wyczytałem w żadnej gramatyce. Ale najpierw zapytam:

Czy zdanie: Ona jest taka dziu-dziu-dziu, że aż trudno wytrzymać! jest dla was zrozumiałe? Dotychczasowe testy wskazują że tak, jak najbardziej. A przecież, jak to się mówi, “takiego słowa nie ma”. Napiszcie, co Waszym zdaniem znaczy że ktoś jest dziu-dziu-dziu, a okaże się, czy skojarzenia będą podobne do moich.

Moja teza: w polskim, podobnie jak w wielu innych (pewnie wszystkich) językach występują ideofony – klasa słów na ogół nieodmiennych i o charakterystycznych cechach fonetycznych (powtórzenia sylab, wyraźna symbolika dźwięków, elementy onomatopei). Od wyrazów dźwiękonaśladowczych różni je to, że opisują (a w zasadzie naśladują) nie same dźwięki, a inne wrażenia zmysłowe – czasem cały ich kompleks. Np. słowo “siorbanie” wywołuje u mnie nie tylko skojarzenia z dźwiękiem, ale i z ciepłem wciąganego płynu, no i samym ułożeniem warg i wsysaniem powietrza. dziu-dziu-dziu jest przykładem z nieco innej beczki, bo w przeciwieństwie do siorbania nie jest zintegrowane z maszynerią gramatyczną polskiego, nie przybiera końcówek, nie tworzy wyrazów pochodnych.

Może parę przykładów na różnice między opisem, a naśladowaniem, normalnym słowem a ideofonem?

Zając uciekał zygzakiem aż skrył się w lesie (swoją drogą zygzak to chyba też dawny ideofon).
vs.
Zając biegł i robił myk-myk aż skrył się w lesie.

Ferrari sąsiada minęło nas z dużą prędkością.
vs.
Ferrari sąsiada zrobiło zzziiiiu! obok nas.

Chyba jasne, prawda? Ideofony opisano najpełniej w językach Afryki Zachodniej (w tym w “moim” ewe), gdzie na ogół pełnią bardzo eksponowaną rolę – z ich pomocą opisuje się np. sposób poruszania się (różne rodzaje chodu, sposoby przelewania płynów – gęsty olej leje się inaczej niż woda, mieszanie ciasta) ale i inne wrażenia zmysłowe (nagłe stracenie czegoś z oczu, gwałtowny ruch listowia, widok mrówek biegających po mrowisku)…  Tak jest dużo bardziej zwięźle i jednoznacznie, niż przez opis, a i w sytuacjach “nowoczesnych” się takie wyrazy przydają – np. jak jednym słowem ująć ruch samochodów na zatłoczonym rondzie?

A na trochę innym poziomie przeciwstawienie funkcji opisowej języka jego  funkcji naśladowczej jest fascynujące i ma duże konsekwencje np. dla literatury, sposobu rozmowy, interakcji międzyludzkich, stosunku do wrażeń zmysłowych (my-europejczycy je ostro oddzielamy od dyskursu intelektualnego, ale taki rozdział jest wcale niekonieczny).

Ciekawe, że przez długi czas uważano, że takie nacechowane ekspresyjnie wyrazy są cechą wyłącznie języków społeczeństw gorzej rozwiniętych ekonomicznie i traktowano je jako dziecinne i niegodne uwagi. Tymczasem, ideofony pełnią dość ważną rolę także np. w japońskim, a są obecne – zgaduję teraz – w chyba wszystkich językach świata. Więcej o nich na tym fajnym blogu.

Pytanie otwarte:
Jako że miałem słaby kontakt z uniwersyteckim językoznawstwem, nie wiem, jaki jest obecny stan badań nad językiem polskim. Byłbym wdzięczny, gdyby ktoś bliżej związany z tą branżą rozwiał (bądź potwierdził) moje przekonanie, że tematy takie jak opisany wyżej pozostają wciąż poza obszarem zainteresowań naukowców.

Bez wysiłku?

Wielość mitów funkcjonujących wokół języków, a zwłaszcza tego kto i jak szybko się ich uczy, na przemian zadziwia mnie lub irytuje. To, że rozpowszechniają je czasem ludzie skądinąd inteligentni albo mnie ciekawi (jak to jest – patrzeć i nie widzieć?) albo denerwuje (przecież powinni dostrzec, że coś jest nie tak). Jednym z najczęściej powtarzanych, wbrew widocznym gołym okiem dowodom, jest przekonanie że dzieci “opanowują język ojczysty bardzo szybko i bez wysiłku”, wyrażone np. tutaj (linkuję nie dlatego, żebym uważał tę wypowiedź za szczególnie nieprzemyślaną, ale po prostu dlatego, że to w trakcie jej lektury wpadłem na pomysł napisania tego tekstu.

Dlaczego to takie zadziwiające? Przecież każdy wie, że dzieci są chłonne jak gąbka!

Chyba każdy kto nie miał kontaktu z dziećmi… albo był na tyle zaślepiony miłością do nich, że każde ‘gugu’ uważa za przejaw geniuszu. Prawda jest taka, że proces nauki pierwszego języka (czy pierwszych języków) trwa bardzo długo – plus minus rok do pierwszych słów, plus minus kolejny rok by przejść od słów do prostych zdań, dalszych pięć lat do opanowania podstaw składni, kolejnych trzy czy pięć, żeby rozumieć normalne (a nie przygotowywane specjalnie dla dzieci) teksty z normalnym słownictwem. Niby każdy powinien wiedzieć, że przeciętnego trzylatka są w stanie zrozumieć praktycznie tylko jego rodzice, a i z przeciętnym siedmiolatkiem trudno jest porozmawiać o czymś więcej niż bardzo proste, codzienne sprawy. Jakakolwiek abstrakcja odpada.  Podsumujmy – potrzeba około dziesięciu lat codziennego kontaktu z językiem, by w bardzo mozolnym procesie (tysiące przejęzyczeń, błędów, nieporozumień, frustracji – ktoś kto mówi że to odbywa się “bez wysiłku” musi chyba bardzo chcieć wyprzeć z pamięci te wszystkie sytuacje, kiedy znajome dziecko -rozumiem że swojego wczesnego dzieciństwa się nie pamięta- bardzo się stara coś powiedzieć, ale mu nie wychodzi) ten język opanować. Gdyby dorosły dysponujący masą wolnego czasu, otoczony ludźmi, którzy niemal cały czas chcą z nim rozmawiać i pomóc w nauce, uczył się tak powoli zostałby uznany za upośledzonego poznawczo!

No dobrze, ale to że nie można pogadać z pięciolatkiem, nie wynika z tego, że on źle mówi. On po prostu jeszcze się wystarczająco nie rozwinął, nie potrafi myśleć abstrakcyjnie itepe.

Ależ oczywiście! Otóż to! Nie sposób oddzielić nauki języka od nauki myślenia i ogólnego rozwoju mózgu, bo to się dzieje jednocześnie. I właśnie dlatego porównywanie nauki pierwszego języka do nauki języków kolejnych kompletnie  ale to kompletnie nie ma sensu. Dzieci nie uczą się ani szybciej, ani łatwiej. Dzieci uczą się inaczej, a proces ten jest bardzo skomplikowany. Jedyna ich przewaga to możliwość opanowania, dzięki nie w pełni ukształtowanemu jeszcze – i przez to bardziej elastycznemu – aparatowi mowy, języka “bez akcentu”.

Niby trudny proces, ale jednak każdy się uczy mówić.

Otóż nie do końca. Rzeczywiście, w zdecydowanej większości przypadków rodzimy system językowy jest przez różne osoby opanowywany w (z grubsza) tym samym stopniu. Ale są sytuacje szczególne – są na świecie osoby, które żadnym językiem nie władają w pełni. Na przykład osoby głuche od urodzenia, w kształceniu których Język Migowy nie był używany. Poznają one na ogół, czasem w dobrym stopniu, jakąś miganą wersję używanego w ich kraju języka fonicznego, ale nie trzeba wiele, by odróżnić ich od rodzimych użytkowników (dla Głuchych kształconych w Języku Migowym jest on normalnym językiem ojczystym i problemu nie ma). Temat Języków Migowych i tożsamości językowej Głuchych pozostawmy jednak na kiedy indziej. Wcale nierzadkie są przypadki osób, które w dzieciństwie kilkakrotnie zmieniają miejsce zamieszkania a wraz z nim dominujący w życiu codziennym język. Jeśli tych zmian środowiska językowego jest kilka (5-latek wyjeżdża z PL do USA i wraca po 10 latach) mogą one doprowadzić do sytuacji w której osoba taka wprawdzie zna oba (czy więcej) języki na dobrym poziomie, ale w obu czegoś jej brakuje (casus dzieci emigrantów mówiących z silnym akcentem i z ograniczonym zasobem słów). Inny przykład to późny emigrant (np. 30-latek) po 20 czy więcej latach pobytu na obczyźnie ze sporadycznym tylko kontaktem z mową ojczystą. W większości przypadków będziemy mieli do czynienia z człowiekiem, który swój pierwszy język niemal zapomniał, a języka nowej ojczyzny w pełni nie opanował.

No dobrze, ale dzieci uczą się języka od rodziców.

Też. Ale to nie wpływ rodziców jest decydujący – dużo większe znaczenie mają rówieśnicy. Dzieci imigrantów, nawet tych, którzy mówią w domu tylko “po swojemu” na ogół opanowują “nowy język” w dużo lepszym stopniu niż język rodziców.

Dzieci pochodzące z mieszanych małżeństw równie dobrze opanowują języki obojga rodziców.

Jest tak jedynie jeśli rodzice włożą w to dużo wysiłku i są bardzo konsekwentni. W przeważającej większości przypadków takie dzieci mają tylko jeden język ojczysty. Po pierwsze – patrz wyżej – dziecko uczy się języka środowiska, w którym stale przebywa (poprzez szkołę, telewizję, kolegów z podwórka); po drugie – proces nauki jest tak trudny, że dziecko z natury rzeczy będzie chciało “iść na skróty”. Częste są przypadki, że dziecko wprawdzie rozumie oba języki, ale odpowiada tylko w jednym.

W niektórych krajach czy regionach prawie każdy jest dwu- czy wielojęzyczny.

I tak, i nie. Istotnie, np. praktycznie każdy Lezgin z północnego Azerbejdżanu oprócz lezgińskiego włada też bardzo dobrze azerbejdżańskim i rosyjskim, ale nie wszystkimi w tym samym stopniu. Lezgiński jest zwykle używany wyłącznie do rozmów z najbliższymi, mówić po lezgińsku o polityce, informatyce, czy nawet po prostu liczyć, większość Lezginów nie potrafi (bo uczyła się tego wszystkiego w szkole – po rosyjsku lub azerbejdżańsku).  Innym przykładem są np.  Indusi z bardzo dobrym szkolnym angielskim, którzy nie znają jednak dobrze potocznego rejestru (bo do celów zwykłej pogawędki używają innych języków) i w konsekwencji zawsze brzmią bardzo oficjalnie czy wręcz staromodnie. Wielojęzyczność jest więc dość częsta, ale na ogół jest ona niesymetryczna.

Uwaga na marginesie – czemu jako przykład kraju wielojęzycznego niemal zawsze przywoływane są Szwajcaria, Kanada i Belgia, a nie Kamerun, Tunezja czy Paragwaj? Zwracanie uwagi wyłącznie na świat eurozachodni to nakładanie sobie z własnej woli klapek na oczy.

Zapasy po irańsku – powtórka z maili

Dla tych, których nie ma na liście mailingowej:

Pamiętacie może to zdjęcie?

Ja z maczugami

Maczugi, które trzymam nazywają się mil i obok poprzeczki do pompek, drewnianej tarczy do wyciskania i żelaznego łuku do przerzucania nad głową są jednym z przyrządów używanych do tradycyjnych irańskich ćwiczeń siłowych.

Miejscem tych ćwiczeń jest zurchāne (dosł. dom siły) podziemna sala na planie koła bądź ośmiokąta z kopułą i bardzo niskim wejściem (żeby każdy musiał się schylić), pośrodku której znajduje się tzw. goud -wgłębienie głębokie na 90-120 cm. To w nim się ćwiczy, na wyższym poziomie podłogi są szatnie, samowar z herbatą, miejsca dla publiczności i osób o których roli dalej. Na ścianach portrety szyickich świętych i dawnych mistrzów. Uważa się, że architektonicznie zurchāne naśladuje układ świątyń mitraistycznych, a funkcjonujące w nich “kluby sportowe” są kontynuacją męskich stowarzyszeń czy bractw mistycznych funkcjonujących w Iranie od baaardzo dawna.

Ale wróćmy do samych ćwiczeń, które nazywa się w Iranie “starożytnym sportem” (warzesz-e bāstāni – aż taki starożytny to on znowu nie jest, przynajmniej w obecnej formie) albo “sportem bohaterów” (warzesz-e pahlawāni). Ćwiczący stoją jeden przy drugim w goudzie i na polecenie najbardziej doświadczonego z nich (pisz-keswat) zaczynają wywijajać milami czy robić inne cudeńka w rytm wybijany na bębnie i dzwonku. W zurchāne ogromne znaczenie ma bowiem oprawa ćwiczeń, którym musi towarzyszyć muzyka i śpiew. Śpiewa i gra siedzący na wyższym poziomie morszed a czasem akompaniuje mu też mosztmālczi (dosł. wycieracz pięści – do jego obowiązków należało serwowanie zawodnikom herbatu i wycieranie ich z potu po ćwiczeniach). Śpiewa się oczywiście nie aktualne przeboje, ale albo pieśni ku czci szyickich imamów albo fragmenty Szāhnāme – irańskiego eposu rycerskiego. Wrażenie rytualnego charakteru ćwiczeń potęgują niektóre ich elementy o charakterze quasi-transowym (bardzo długie i szybkie wirowanie wokół własnej osi). Z całą pewnością zwykłe “pakowanie” to to nie jest…

Ćwiczenia mają jednak czysto praktyczny cel, którym jest odpowiednie przygotowanie fizyczne (zwłaszcza siłowe) zapaśników. Nawiasem mówiąc, ciekawostka – w perskim słowo “zapasy” (koszti) pochodzi od czasownika “zabijać” (kosztan) I w drugim nawiasie – tradycyjne irańskie zapasy praktycznie zanikły, ale zapasy sportowe zwłaszcza stylu wolnego  są niezmiernie popularne. Ich zawodnicy nie ćwiczą jednak w zurchāne, a na zwykłych  siłowniach. Ale wróćmy do przygotowania siłowego, które sprawia, że…

… stali bywalcy zurchāne wyglądają tak (ja też tak będę):

Naprawde duzy pan

 

A nawet jeśli nie wyglądają, to potrafią zrobić coś takiego (kto potrafi powtórzyć?):

zurchāne buduje się nie tylko siłę mięśni, ale i rozwija charakter. O mistrzach tego sportu opowiada się jako o ludziach niezwykle prawych i rycerskich. Prawdziwych bohaterach, bo to w końcu “sport bohaterów”

Często przywoływanym historycznym przykładem ideału pahlawāna (bohatera, zapaśnika) jest żyjący bodaj w XIV wieku Purjā-je Wali. Za ilustrację niech posłuży anegdota:

Nigdy nie pokonany Purjā-je Wali udał się do odległego miasta by zmierzyć się z lokalnym mistrzem zapasów. Wieczór przed walką postanowił spędzić na spacerze. Przechadzając się po uliczkach bazaru natknął się na kobietę rozdającą przechodniom słodycze. “Weź i pomódl się za mojego syna” powiedziała. “Co się stało?”. “Jestem wdową, mam siedmioro dzieci. Nie mamy tu nikogo i jesteśmy bardzo biedni. Mój najstarszy syn jest zapaśnikiem, jutro ma zmierzyć się z przybyłym z daleka wielkim mistrzem. Jeśli go pokona, zyska sławę i możliwość zarobku. Jeśli przegra, nie będziemy mieli za co żyć. Ale zwycięstwo wydaje się niemożliwe. Dlatego proszę wszystkich, by modlili się za niego.” Oczywiście Purjā-je Wali przegrał tę walkę i dopiero po tej porażce został mistrzem kompletnym.

Odbiegnę daleko od Iranu, ale ciekawe wydaje mi się porównanie tej historyjki z opowieściami o najsłynniejszym japońskim szermierzu, Miyamoto Musashim. Otóż niezwyciężony Musashi doznał oświecenia i został szermierzem kompletnym dopiero gdy został pokonany przez uzbrojonego jedynie w motykę staruszka…

I wracamy do irańskiego mistrza… Purjā-je Wali, jak niemało innych Irańczyków, był także podobno poetą. Piszę podobno, bo nigdy nie widziałem jego utworów innych niż ten – znany każdemu Irańczykowi – dwuwiersz:

oftādegi āmuz agar talab-e fejzi
hargez nachorad āb zamini ke boland ast

ucz się pokory jeśli pragniesz mądrości
nigdy nie pija wody ziemia na wysokości

Oprócz bohaterów dawnych wieków (obiecuję, że już zbliżamy się do końca), mamy też bohaterów współczesności. Prawdziwym kultem jest w Iranie otoczony Gholamrezā Tachti, mistrz olimpijski w zapasach bodaj z ’56. Widzi się w nim współczesne ucieleśnienie ideału pahlawāna, wzór skromności i poświęcenia, opowiada historie podobne do tych o Purjā-je Walim (łącznie z tym jakoby Tachti podczas meczu zapaśniczego ZSRR-Iran miał zbiec z maty, żeby przeprosić siedzącą na trybunach matkę pokonanego przez siebie zawodnika i powiedzieć, że to jej syn zasłużył na zwycięstwo). Tachti często ćwiczył w zurchāne, jego zdjęcia z milami w rękach są wszechobecne. Jego legendę wzmacnia uporczywie powtarzane domniemanie, jakoby został zamordowany przez SAVAK (zmarł w młodym wieku, a krytyczny wobec reżimu szacha podobno faktycznie był).

To tyle. Jeśli “sport bohaterów” przyjmie się kiedyś w Polsce, to pamiętajcie że to ode mnie usłyszeliście o nim po raz pierwszy,

Siedem języków

Jeśli dobrze liczę, na tym blogu pojawiły się wpisy w siedmiu już językach, to jest w esperanto i po polsku, angielsku, rosyjsku, francusku, persku i irlandzku. Faktycznie, siedem. Irlandzki jest siódmy nieprzypadkowo. Funkcjonuje w nim powiedzenie “siedem języków” – seacht na dteangacha przy czym “siedem” znaczy tak naprawdę “wiele”. Jedno z wielu, które mi się tam podoba – i na słuch, i na sens.

Nigdy bloga siedmiojęzycznego nie widziałem (najbliżej jest celtycko-francuski blog Simona-omniglota), co jest samo w sobie ciekawostką, bo sieć przecież zaludniają różni dziwacy, więc któryś już dawno powinien na coś podobnego wpaść. I pewnie

Sprawa rodzi jednak trudność praktyczną – nie mogę zakładać, żeby moi czytelnicy potrafili w tych wszystkich (a będzie więcej – co najmniej dwa nowe już wkrótce) językach czytać, skoro ja sam znam je w bardzo różnym [i czasem, jak widać z krótkości i (byle)jakości tekstów, niezadowalającym] stopniu. Chciałbym uniknąć sytuacji, w której ktoś trafia tu przypadkiem i nigdy nie wraca, bo na pierwszej stronie wpisy w językach mu nieznanych. Dlatego też usystematyzowałem kategorie wg. języka tekstu (pod: pick-a-language), a wkrótce na stronie “About this blog” jakiś przewodnik po nawigacji.

Ożywiamy forum.jzn.pl

Tą krótką notką informuję, że Forum Językoznawców właśnie wychodzi z letargu. No w każdym razie takie są zamiary admina i grupy aktywnych użytkowników, którym niżej podpisany kibicuje.

Jeśli interesują Cię języki świata, zapraszam do włączenia się do dyskusji pod wyżej wskazanym adresem, lub zainicjowania tamże nowego tematu. Przekaż też proszę link do forum swoim znajomym, których potencjalnie mogłoby zainteresować.

Warto byłoby, gdyby w polskim internecie pojawiła się poważna alternatywa dla portali o korepetycjach i wypracowaniach. Nie mam nic przeciwko nim, ale przydałoby się miejsce gdzie odbywałyby się poważniejsze dyskusje.

Mów “perski”, a nie “farsi”, bo jak nie…

… to oczywiście nic takiego się nie stanie, ale nie ukrywam, że trochę mnie to drażni. Troszeczkę. Po pierwsze, “perski” to bardzo ładne słowo, dobrze zadomowione w polszczyźnie. Mamy i perskie dywany i perskie oko, więc czemuż nie i język perski. Oczywiście można powiedzieć, że kraj współcześnie nazywa się Iran, a nie Persja, więc dla większości związek między językiem a krajem nie jest przejrzysty. Ale czy związek między słowami “farsi” i “Iran” jest choć trochę bliższy?

Nie dość, że “farsi” jest niepotrzebne (dobra, znana od wieków nazwa już jest, po co znów koło wymyślać) to jeszcze trąci pretensjonalnością (aha, zobaczcie, ja wiem jak ten język się naprawdę nazywa) i co z tego wszystkiego najzabawniejsze, zdradza kompletny brak orientacji w tym jak nazwę swojego języka wymawiają sami Persowie. Bowiem pierwsza samogłoska w perskim słowie فارسی jest akustycznie bliska polskiemu ‘o’, a od polskiego ‘a’ baaaardzo daleka.

Taking the bus no.11 / Autobusem nr 11

Recently I came across a cute Persian colloquial expression I had never heard before:

رفتن با اتوبوس خط١١  [raftan bā otubus-e xatt-e yāzdah] ‘going somewhere on the bus no. 11’

This, a cookie to everyone who guessed, means ‘to go by foot’ as the number ١١ looks quite similar to a pair of legs. Somehow I liked it, probably because that bus line is my favorite way of getting to know Tehran.

Oh, and I nearly forgot: اتوبوس [otubus] ‘bus’ on its own means ‘someone or something smelling very bad’

 

***

Trafiłem niedawno na urocze perskie wyrażenie, którego nie znałem wcześniej:

رفتن با اتوبوس خط١١  [raftan bā otubus-e chatt-e jāzdah] ‘jechać autobusem linii jedenaście’

Znaczy to – brawa dla tych, co zgadli – tyle co ‘iść pieszo’, bo perska jedenastka czyli ١١ jakby i wygląda jak para nóg, nie? Jakoś mnie rozbawiło to powiedzenie, pewnie dlatego, że właśnie ta linia jest moim ulubionym sposobem zwiedzania Teheranu.

Aha, prawie zapomniałem: اتوبوس [otubus] ‘autobus’ w użyciu samodzielnym znaczy ‘coś lub ktoś pachnący bardzo brzydko’