Kto pyta…

Dziś stary post z nieaktywnego już bloga peterlinpl poddany pewnym poprawkom i uzupełnieniom.

***

Motto:

Dyplomatycznie wybadałem ich stanowisko metodą  pytania wprost

– powiedzenie em-es-zet-owskie

Kto pyta… ten czasem błądzi. Podróżując po Azji Środkowej, Iranie czy innych rejonach świata czasem ma się niemiłe wrażenie, że choć niby wszyscy wszystko wiedzą, to każdy strasznie kręci. Siedzi sobie tubylec pod wiatą przystanku, podchodzisz, pytasz kiedy autobus. W odpowiedzi streszcza ci cały rozkład, bardzo uczynny i miły. Tylko potem okazuje się, że ostatnie połączenia zlikwidowano dziesięć lat temu.

Problem w tym, że dla wielu ludzi przyznanie się do niewiedzy (i to wobec cudzoziemca, który z definicji jest zagubionym dziwakiem potrzebującym pomocy) równa się niesprostaniu oczekiwaniom, utracie twarzy. Pyta mnie, znaczy – powinienem wiedzieć.

Sytuacje turystyczne to w tym tekście tylko pretekst – nie chodzi mi o dawanie na nie recepty, bo chyba takiej nie ma. Chciałbym raczej zwrócić uwagę na, chyba dość rzadko uświadamiane, duże zróżnicowanie sposobów w jakie poszczególne  kultury traktują pytania.

Otóż różnią się one między sobą nie tylko tym o co wypada pytać (np. u jednych grzecznie jest pytać o zarobki/wiek/stan cywilny świeżo poznaną osobę, u innych robić tak nie bardzo wypada a u innych wreszcie – bardzo nie wypada), ale i czy w ogóle się pyta. W kulturze w której nie wypada odpowiedzieć „nie wiem” – a zjawisko to można dojrzeć już na Bałkanach – ludzie grzeczni nie zadają pytań, na które rozmówca może nie znać odpowiedzi, typu „a co to za człowiek, ten tam?” tylko mówią „o, ktoś tam jest”. Różnica? Pierwsza wersja domaga się konkretnej odpowiedzi, więc skłania by ją na poczekaniu wymyśleć. Z kolei druga pozostawia rozmówcy swobodę – może powiedzieć „tak faktycznie, teraz widzę”, może „a, widziałem go już tu kilka razy, przyjeżdża na targ” może też „aaa, znam, znam, to taki-to-a-taki” – i w każdym przypadku będzie to sensowny wkład do rozmowy. Niczyja godność ani samoocena nie zostają naruszone.

Są też języki i kultury, np. australijskie, w których model prowadzenia dyskusji praktycznie nie przewiduje czegoś tak osaczającego jak bezpośrednie pytanie, które ma tam mniej więcej taką konotację emocjonalną jak u nas odpytywanie przy tablicy czy przesłuchiwanie (= naprawdę nic miłego). Co ciekawe, w wielu tamtejszych językach, odpowiedniki słów typu „kto?” „co?” „dlaczego?” znaczą w istocie „ktoś” „coś” „z jakiegoś powodu”. Nie „dlaczego to zrobiłeś?” tylko „zrobiłeś to z jakiegoś powodu”. Obowiązującą zasadą nie jest proszenie o konkretną informację, ale jedynie sygnalizowanie luk własnej wiedzy.

***

I uzupełnienie – dwukrotnie zetknąłem się z przejmującymi opisami życiowych trudności, czy wręcz tragedii, na jakie naraża rdzennych Australijczyków nieprzystawalność ich sposobu komunikacji do tego używanego przez otaczający ich zewsząd świat anglojęzyczny.

Po pierwsze, zaobserwowano podobno silną tendencję do przyznawania się przez zatrzymanych przez policję Aborygenów do czynów przez siebie nie popełnionych. Bycie przesłuchiwanym jest tak wielkim stresem -m.in. ze względu na natarczywe pytania, oraz możliwość łamania kulturowych tabu (np. wymieniania imion osób nieżyjących, czego w większości kultur australijskich robić absolutnie nie wolno)- , że przyznanie się do czegokolwiek, byle tylko ten koszmar zakończyć, wydaje się sensownym rozwiązaniem. (Dochodzi do tego jeszcze wpojone przez lata przekonanie, że “biali i tak zrobią z nami co chcą” – ale to już kwestia pozajęzykowa)

Po drugie, wyczytałem gdzieś, że pośród Yolngu z Ziemii Arnhema (północna Australia) oczekiwana długość życia jest bardzo niska, bodaj około 50 lat, a przy tym większość ludzi umiera na stosunkowo łatwo wyleczalne (albo przynajmniej kontrolowalne) choroby typu gruźlica, cukrzyca czy chroniczne nadciśnienie; a wiele dzieci – z powodu infekcji, którym bardzo łatwo zapobiec. Rząd Australii od lat dotuje służbę zdrowia na terytoriach plemiennych, wysyła lekarzy i pielęgniarki, którzy przyjmują Yolngu za darmo, wyjaśniają podstawowe zasady higieny, przekazują lekarstwa, urządzają pogadanki, rozprowadzają broszury etc. Tylko że to niemal w ogóle nie działa. Yolngu słuchają uważnie zaleceń, ale się do nich nie stosują, a otrzymanych leków nie rozpakowują nawet – trafiają one albo do kosza na śmieci albo do rupieciarni. W wyniku tego większość lekarzy, którzy przyjeżdżają na te tereny powodowani chęcią pomocy, po jakimś czasie zaczyna uważać Yolngu za niebezpiecznych idiotów, którzy narażają życie własnych dzieci, a swoją pracę wśród nich za absolutnie pozbawioną sensu…

Okazuje się jednak, że problem, a przynajmniej duża jego część leży w języku. Yolngu są dość odizolowani od świata zewnętrznego i angielski znają dużo słabiej niż twierdzą, co oczywiście odbija się na zrozumiałości zaleceń lekarskich. Po drugie, przyznanie, że się czegoś nie rozumie mogłoby przez tych miłych ludzi, którzy chcą pomóc, być odebrane jako niewdzięczność, więc Yolngu się nie przyznają.

Później sprawy komplikują się jeszcze bardziej, bo część pielęgniarek i lekarzy zaczyna być kształcona spośród samych Yolngu, więc problemu komunikacji nie ma… Tyle że pozostaje problem kształcenia. Pielęgniarki Yolngu potrafią wyliczyć wiele rodzajów bakterii i rozwiązywać testy wiedzy medycznej, ale nie mają zielonego pojęcia np. jak działa antybiotyk. Nauczono ich formułek, których nie rozumieją. Zatem w obliczu choroby wciąż odwołują się do tego, co znają – medycyny tradycyjnej.

Istnieje od niedawna program prawdziwej edukacji medycznej prowadzony w Yolngu Matha (język Yolngu), który ma szansę poprawić sytuację, ale nie jest to takie proste…

***

A teraz, mała rewelacja dla tych, których dziwią czy śmieszą historie o ludziach mówiących “tak” dla świętego spokoju i nie przyznających się, że czegoś nie rozumieją, chociaż od tego zależy ich życie: ten sam mechanizm działa i u nas! Przypomnijmy sobie rozmowy z doradcą kredytowym czy inwestycyjnym, ubezpieczycielem, konsultantem sprzedaży firmy telekomunikacyjnej…  Kto czyta ze zrozumieniem wszystkie podpisywane dokumenty i dokładnie wie, na co się godzi? Czy nie jest tak, że większość ludzi przyjmuje w takich sytuacjach albo strategię “skoro pan/pani mówi że tak będzie najlepiej…” albo w wariancie negatywnym – “nie, nie chcę, nie potrzebuję, nie bo nie”?

Dziu-dziu-dziu! Ideofony w polskim.

Powiem wam teraz coś o polskim, czego nie wyczytałem w żadnej gramatyce. Ale najpierw zapytam:

Czy zdanie: Ona jest taka dziu-dziu-dziu, że aż trudno wytrzymać! jest dla was zrozumiałe? Dotychczasowe testy wskazują że tak, jak najbardziej. A przecież, jak to się mówi, “takiego słowa nie ma”. Napiszcie, co Waszym zdaniem znaczy że ktoś jest dziu-dziu-dziu, a okaże się, czy skojarzenia będą podobne do moich.

Moja teza: w polskim, podobnie jak w wielu innych (pewnie wszystkich) językach występują ideofony – klasa słów na ogół nieodmiennych i o charakterystycznych cechach fonetycznych (powtórzenia sylab, wyraźna symbolika dźwięków, elementy onomatopei). Od wyrazów dźwiękonaśladowczych różni je to, że opisują (a w zasadzie naśladują) nie same dźwięki, a inne wrażenia zmysłowe – czasem cały ich kompleks. Np. słowo “siorbanie” wywołuje u mnie nie tylko skojarzenia z dźwiękiem, ale i z ciepłem wciąganego płynu, no i samym ułożeniem warg i wsysaniem powietrza. dziu-dziu-dziu jest przykładem z nieco innej beczki, bo w przeciwieństwie do siorbania nie jest zintegrowane z maszynerią gramatyczną polskiego, nie przybiera końcówek, nie tworzy wyrazów pochodnych.

Może parę przykładów na różnice między opisem, a naśladowaniem, normalnym słowem a ideofonem?

Zając uciekał zygzakiem aż skrył się w lesie (swoją drogą zygzak to chyba też dawny ideofon).
vs.
Zając biegł i robił myk-myk aż skrył się w lesie.

Ferrari sąsiada minęło nas z dużą prędkością.
vs.
Ferrari sąsiada zrobiło zzziiiiu! obok nas.

Chyba jasne, prawda? Ideofony opisano najpełniej w językach Afryki Zachodniej (w tym w “moim” ewe), gdzie na ogół pełnią bardzo eksponowaną rolę – z ich pomocą opisuje się np. sposób poruszania się (różne rodzaje chodu, sposoby przelewania płynów – gęsty olej leje się inaczej niż woda, mieszanie ciasta) ale i inne wrażenia zmysłowe (nagłe stracenie czegoś z oczu, gwałtowny ruch listowia, widok mrówek biegających po mrowisku)…  Tak jest dużo bardziej zwięźle i jednoznacznie, niż przez opis, a i w sytuacjach “nowoczesnych” się takie wyrazy przydają – np. jak jednym słowem ująć ruch samochodów na zatłoczonym rondzie?

A na trochę innym poziomie przeciwstawienie funkcji opisowej języka jego  funkcji naśladowczej jest fascynujące i ma duże konsekwencje np. dla literatury, sposobu rozmowy, interakcji międzyludzkich, stosunku do wrażeń zmysłowych (my-europejczycy je ostro oddzielamy od dyskursu intelektualnego, ale taki rozdział jest wcale niekonieczny).

Ciekawe, że przez długi czas uważano, że takie nacechowane ekspresyjnie wyrazy są cechą wyłącznie języków społeczeństw gorzej rozwiniętych ekonomicznie i traktowano je jako dziecinne i niegodne uwagi. Tymczasem, ideofony pełnią dość ważną rolę także np. w japońskim, a są obecne – zgaduję teraz – w chyba wszystkich językach świata. Więcej o nich na tym fajnym blogu.

Pytanie otwarte:
Jako że miałem słaby kontakt z uniwersyteckim językoznawstwem, nie wiem, jaki jest obecny stan badań nad językiem polskim. Byłbym wdzięczny, gdyby ktoś bliżej związany z tą branżą rozwiał (bądź potwierdził) moje przekonanie, że tematy takie jak opisany wyżej pozostają wciąż poza obszarem zainteresowań naukowców.

On what’s true while being false

Just a short thought inspired by a discussion with a friend. Isn’t it a paradox, that while none of the information provided on this page about me (I’ve just noticed an embarrassing typo there, by the way) is true, the whole of it, in some way at least, is true indeed.

I mean, that page does give you an impression of what kind of person I am, doesn’t it? And you could even say that it is more true than a dry set of correct and exact biographical data. With people, numbers only matter so much, I mean.

***

There’s a half-forgotten Polish writer called Marek Hłasko in whose short, mock-autobiographical story  “I, Goofy the Dog” – a kind of self-description people like me can identify with – I read a sentence,  which now escapes  my memory, but it certainly was about how you can tell the whole truth when lying about all the details. Or so I (mis)remember it. And again, it’s not important if there really is such a sentence, if there really is such a short story, if there really is such a writer… what matters is that by telling you about it I am giving you a glimpse of myself. Or am I not?

***

Sorry for that blabbing. A bit pretentious I think. The regular broadcast of sarcasm and irrelevant trivia will resume shortly.

Bez wysiłku?

Wielość mitów funkcjonujących wokół języków, a zwłaszcza tego kto i jak szybko się ich uczy, na przemian zadziwia mnie lub irytuje. To, że rozpowszechniają je czasem ludzie skądinąd inteligentni albo mnie ciekawi (jak to jest – patrzeć i nie widzieć?) albo denerwuje (przecież powinni dostrzec, że coś jest nie tak). Jednym z najczęściej powtarzanych, wbrew widocznym gołym okiem dowodom, jest przekonanie że dzieci “opanowują język ojczysty bardzo szybko i bez wysiłku”, wyrażone np. tutaj (linkuję nie dlatego, żebym uważał tę wypowiedź za szczególnie nieprzemyślaną, ale po prostu dlatego, że to w trakcie jej lektury wpadłem na pomysł napisania tego tekstu.

Dlaczego to takie zadziwiające? Przecież każdy wie, że dzieci są chłonne jak gąbka!

Chyba każdy kto nie miał kontaktu z dziećmi… albo był na tyle zaślepiony miłością do nich, że każde ‘gugu’ uważa za przejaw geniuszu. Prawda jest taka, że proces nauki pierwszego języka (czy pierwszych języków) trwa bardzo długo – plus minus rok do pierwszych słów, plus minus kolejny rok by przejść od słów do prostych zdań, dalszych pięć lat do opanowania podstaw składni, kolejnych trzy czy pięć, żeby rozumieć normalne (a nie przygotowywane specjalnie dla dzieci) teksty z normalnym słownictwem. Niby każdy powinien wiedzieć, że przeciętnego trzylatka są w stanie zrozumieć praktycznie tylko jego rodzice, a i z przeciętnym siedmiolatkiem trudno jest porozmawiać o czymś więcej niż bardzo proste, codzienne sprawy. Jakakolwiek abstrakcja odpada.  Podsumujmy – potrzeba około dziesięciu lat codziennego kontaktu z językiem, by w bardzo mozolnym procesie (tysiące przejęzyczeń, błędów, nieporozumień, frustracji – ktoś kto mówi że to odbywa się “bez wysiłku” musi chyba bardzo chcieć wyprzeć z pamięci te wszystkie sytuacje, kiedy znajome dziecko -rozumiem że swojego wczesnego dzieciństwa się nie pamięta- bardzo się stara coś powiedzieć, ale mu nie wychodzi) ten język opanować. Gdyby dorosły dysponujący masą wolnego czasu, otoczony ludźmi, którzy niemal cały czas chcą z nim rozmawiać i pomóc w nauce, uczył się tak powoli zostałby uznany za upośledzonego poznawczo!

No dobrze, ale to że nie można pogadać z pięciolatkiem, nie wynika z tego, że on źle mówi. On po prostu jeszcze się wystarczająco nie rozwinął, nie potrafi myśleć abstrakcyjnie itepe.

Ależ oczywiście! Otóż to! Nie sposób oddzielić nauki języka od nauki myślenia i ogólnego rozwoju mózgu, bo to się dzieje jednocześnie. I właśnie dlatego porównywanie nauki pierwszego języka do nauki języków kolejnych kompletnie  ale to kompletnie nie ma sensu. Dzieci nie uczą się ani szybciej, ani łatwiej. Dzieci uczą się inaczej, a proces ten jest bardzo skomplikowany. Jedyna ich przewaga to możliwość opanowania, dzięki nie w pełni ukształtowanemu jeszcze – i przez to bardziej elastycznemu – aparatowi mowy, języka “bez akcentu”.

Niby trudny proces, ale jednak każdy się uczy mówić.

Otóż nie do końca. Rzeczywiście, w zdecydowanej większości przypadków rodzimy system językowy jest przez różne osoby opanowywany w (z grubsza) tym samym stopniu. Ale są sytuacje szczególne – są na świecie osoby, które żadnym językiem nie władają w pełni. Na przykład osoby głuche od urodzenia, w kształceniu których Język Migowy nie był używany. Poznają one na ogół, czasem w dobrym stopniu, jakąś miganą wersję używanego w ich kraju języka fonicznego, ale nie trzeba wiele, by odróżnić ich od rodzimych użytkowników (dla Głuchych kształconych w Języku Migowym jest on normalnym językiem ojczystym i problemu nie ma). Temat Języków Migowych i tożsamości językowej Głuchych pozostawmy jednak na kiedy indziej. Wcale nierzadkie są przypadki osób, które w dzieciństwie kilkakrotnie zmieniają miejsce zamieszkania a wraz z nim dominujący w życiu codziennym język. Jeśli tych zmian środowiska językowego jest kilka (5-latek wyjeżdża z PL do USA i wraca po 10 latach) mogą one doprowadzić do sytuacji w której osoba taka wprawdzie zna oba (czy więcej) języki na dobrym poziomie, ale w obu czegoś jej brakuje (casus dzieci emigrantów mówiących z silnym akcentem i z ograniczonym zasobem słów). Inny przykład to późny emigrant (np. 30-latek) po 20 czy więcej latach pobytu na obczyźnie ze sporadycznym tylko kontaktem z mową ojczystą. W większości przypadków będziemy mieli do czynienia z człowiekiem, który swój pierwszy język niemal zapomniał, a języka nowej ojczyzny w pełni nie opanował.

No dobrze, ale dzieci uczą się języka od rodziców.

Też. Ale to nie wpływ rodziców jest decydujący – dużo większe znaczenie mają rówieśnicy. Dzieci imigrantów, nawet tych, którzy mówią w domu tylko “po swojemu” na ogół opanowują “nowy język” w dużo lepszym stopniu niż język rodziców.

Dzieci pochodzące z mieszanych małżeństw równie dobrze opanowują języki obojga rodziców.

Jest tak jedynie jeśli rodzice włożą w to dużo wysiłku i są bardzo konsekwentni. W przeważającej większości przypadków takie dzieci mają tylko jeden język ojczysty. Po pierwsze – patrz wyżej – dziecko uczy się języka środowiska, w którym stale przebywa (poprzez szkołę, telewizję, kolegów z podwórka); po drugie – proces nauki jest tak trudny, że dziecko z natury rzeczy będzie chciało “iść na skróty”. Częste są przypadki, że dziecko wprawdzie rozumie oba języki, ale odpowiada tylko w jednym.

W niektórych krajach czy regionach prawie każdy jest dwu- czy wielojęzyczny.

I tak, i nie. Istotnie, np. praktycznie każdy Lezgin z północnego Azerbejdżanu oprócz lezgińskiego włada też bardzo dobrze azerbejdżańskim i rosyjskim, ale nie wszystkimi w tym samym stopniu. Lezgiński jest zwykle używany wyłącznie do rozmów z najbliższymi, mówić po lezgińsku o polityce, informatyce, czy nawet po prostu liczyć, większość Lezginów nie potrafi (bo uczyła się tego wszystkiego w szkole – po rosyjsku lub azerbejdżańsku).  Innym przykładem są np.  Indusi z bardzo dobrym szkolnym angielskim, którzy nie znają jednak dobrze potocznego rejestru (bo do celów zwykłej pogawędki używają innych języków) i w konsekwencji zawsze brzmią bardzo oficjalnie czy wręcz staromodnie. Wielojęzyczność jest więc dość częsta, ale na ogół jest ona niesymetryczna.

Uwaga na marginesie – czemu jako przykład kraju wielojęzycznego niemal zawsze przywoływane są Szwajcaria, Kanada i Belgia, a nie Kamerun, Tunezja czy Paragwaj? Zwracanie uwagi wyłącznie na świat eurozachodni to nakładanie sobie z własnej woli klapek na oczy.

Two links

Just two links in this bad excuse of a post. But these are good links, or rather links to good places, so you will forgive me.

First, there is a website of my friend from Unilang, Ali Jahânshiri. A lot of interesting and useful information on Persian, including the best Persian keyboard layout I have ever seen. You can check Ali’s good work on Unilang’s Persian forum, too.

Second and last, another find via languagehat. The blog is called “Poemas del río Wang” is written in English, Spanish and Hungarian and is very erudite and beautiful. A must-read.

Níl mé sásta

Níl mé sásta ar bith leis mo chuid Gaeilge. Sílim nach bhfuil an teanga seo ródheacair, ach níl mo chuid Ghaeilge nios fearr thar mar a bhi sí seachtain seo caite ar aon chaoi. B’fheidir, tá mise rud beag leisciúil. Níl miste liom é, cinnte, ach…

Bhoil, tá mé rotuirseach a scribh aríst. Dála an scéil, an bhfuil sibhse ag aontú go bhfuil Éireannaigh cosúil leis na Polannaigh? Is maith leo na deochanna agus na fata agus tá siad cantalach go leor i gcónaí?

***

In case I mangled this beyond recognition:

I am not happy with my Irish at all. I don’t think the language is too difficult, yet still my Irish is no better than the week before. Maybe I am a bit lazy. I don’t mind it really, but…

Well, I’m too tired to write again. By the way, do you agree that the Irish are like Poles with their love of drink and potatoes and being always cranky.

***

In case you didn’t notice – I’m experimenting with the language, it is all not very serious.

Afghanisms in Persian

My friend Rémy LeBeau has posted a nice list of vocabulary items specific to Persian of Afghanistan along with transcription and Iranian Persian equivalents (so if you don’t read Iranian Persian already, they won’t be of much use). They  are taken from contemporary literature, but that doesn’t mean they’re all formal – in fact, they cross over all registers.

***

One thing I want to add to this selection – which looks more comprehensive than the most I’ve seen so far – is that the bulk of the differences between the two variants, is, I feel, a matter of mere preference for certain words which are known on both sides of the border. Ie. both Iranians and Afghans know that both X and Y mean the same thing, but Iranians are more likely to use the former, and Afghans the latter (while foreigners typically know only one word of such pairs, depending on which variety they have more contact with). The list which I link to focuses on those Afghan Persian words, the meaning of which would not be recognised by the average Iranian  reader.

One smarter than me.

One smarter than me…

… can never be.
would you agree?

But seriously, everyone, me included, thinks of him/herself as much smarter than he or she really is. And this, sometimes, creates problems for everyone around.

A side note:

Dumb people thinking they are smart are one thing – you can easily (if you’re smart that is – do you see the beginning of a paradox here) see them for who they really are. The real problem lies with people who are smart but think of themselves as even smarter (and let me tell you, there are lots and lots of them). It’s not that easy to tell, is it? I mean, especially if you are not as smart as you think.

Back to the main point:

In order not to be deluded by self-pride into thinking you’re the brightest crayon in the box, the sharpest knife in the drawer and whatever other silly metaphor you can think of, it’s good to find someone unquestionably smarter than yourself and take comfort in your own inferiority, finally knowing that there’s someone up there, who must be more lonely and misunderstood than you yourself are.

Now, the point of this post is to introduce such a person. I don’t know his name nor other personal details, other than he is an Englishman of partial Irish descent and two passports (I wouldn’t mention that much, were it not for the Irish part). I don’t think he recognises me even by my nick, as I am not an active poster on the forum we both frequent.  He thinks sharp and he writes extremely well – you can have a taste at his blog.

Some things should be obvious from that, but as the topics he takes are sometimes esoteric, the blog writing does not give him justice. For that check this forum and search for posts by ‘Salmoneus’ – the range of topics is much wider so it should be more accessible. In particular, take a look at his analysis of Conrad’s “Heart of Darkness” in this thread (the best parts are on the fourth page, but the whole of it is worth reading; btw, another poster there, ‘Pthug’ is also one of the smartest people I know).

***

A meta-comment:

this blog has just had a three-fold increase of the number of visits/day, but there’s nothing much in the way of comments (I can count on Jade and Eskandar, but I know they would still comment  if they were the only visitors – heck, for a long stretch of time, they were the only visitors). So, @the silent majority: what’s going on? Cat’s got your tongue/fingertips? In writing a blog, the bigger half of satisfaction comes from a healthy debate/argument/exchange of insults.

Zapasy po irańsku – powtórka z maili

Dla tych, których nie ma na liście mailingowej:

Pamiętacie może to zdjęcie?

Ja z maczugami

Maczugi, które trzymam nazywają się mil i obok poprzeczki do pompek, drewnianej tarczy do wyciskania i żelaznego łuku do przerzucania nad głową są jednym z przyrządów używanych do tradycyjnych irańskich ćwiczeń siłowych.

Miejscem tych ćwiczeń jest zurchāne (dosł. dom siły) podziemna sala na planie koła bądź ośmiokąta z kopułą i bardzo niskim wejściem (żeby każdy musiał się schylić), pośrodku której znajduje się tzw. goud -wgłębienie głębokie na 90-120 cm. To w nim się ćwiczy, na wyższym poziomie podłogi są szatnie, samowar z herbatą, miejsca dla publiczności i osób o których roli dalej. Na ścianach portrety szyickich świętych i dawnych mistrzów. Uważa się, że architektonicznie zurchāne naśladuje układ świątyń mitraistycznych, a funkcjonujące w nich “kluby sportowe” są kontynuacją męskich stowarzyszeń czy bractw mistycznych funkcjonujących w Iranie od baaardzo dawna.

Ale wróćmy do samych ćwiczeń, które nazywa się w Iranie “starożytnym sportem” (warzesz-e bāstāni – aż taki starożytny to on znowu nie jest, przynajmniej w obecnej formie) albo “sportem bohaterów” (warzesz-e pahlawāni). Ćwiczący stoją jeden przy drugim w goudzie i na polecenie najbardziej doświadczonego z nich (pisz-keswat) zaczynają wywijajać milami czy robić inne cudeńka w rytm wybijany na bębnie i dzwonku. W zurchāne ogromne znaczenie ma bowiem oprawa ćwiczeń, którym musi towarzyszyć muzyka i śpiew. Śpiewa i gra siedzący na wyższym poziomie morszed a czasem akompaniuje mu też mosztmālczi (dosł. wycieracz pięści – do jego obowiązków należało serwowanie zawodnikom herbatu i wycieranie ich z potu po ćwiczeniach). Śpiewa się oczywiście nie aktualne przeboje, ale albo pieśni ku czci szyickich imamów albo fragmenty Szāhnāme – irańskiego eposu rycerskiego. Wrażenie rytualnego charakteru ćwiczeń potęgują niektóre ich elementy o charakterze quasi-transowym (bardzo długie i szybkie wirowanie wokół własnej osi). Z całą pewnością zwykłe “pakowanie” to to nie jest…

Ćwiczenia mają jednak czysto praktyczny cel, którym jest odpowiednie przygotowanie fizyczne (zwłaszcza siłowe) zapaśników. Nawiasem mówiąc, ciekawostka – w perskim słowo “zapasy” (koszti) pochodzi od czasownika “zabijać” (kosztan) I w drugim nawiasie – tradycyjne irańskie zapasy praktycznie zanikły, ale zapasy sportowe zwłaszcza stylu wolnego  są niezmiernie popularne. Ich zawodnicy nie ćwiczą jednak w zurchāne, a na zwykłych  siłowniach. Ale wróćmy do przygotowania siłowego, które sprawia, że…

… stali bywalcy zurchāne wyglądają tak (ja też tak będę):

Naprawde duzy pan

 

A nawet jeśli nie wyglądają, to potrafią zrobić coś takiego (kto potrafi powtórzyć?):

zurchāne buduje się nie tylko siłę mięśni, ale i rozwija charakter. O mistrzach tego sportu opowiada się jako o ludziach niezwykle prawych i rycerskich. Prawdziwych bohaterach, bo to w końcu “sport bohaterów”

Często przywoływanym historycznym przykładem ideału pahlawāna (bohatera, zapaśnika) jest żyjący bodaj w XIV wieku Purjā-je Wali. Za ilustrację niech posłuży anegdota:

Nigdy nie pokonany Purjā-je Wali udał się do odległego miasta by zmierzyć się z lokalnym mistrzem zapasów. Wieczór przed walką postanowił spędzić na spacerze. Przechadzając się po uliczkach bazaru natknął się na kobietę rozdającą przechodniom słodycze. “Weź i pomódl się za mojego syna” powiedziała. “Co się stało?”. “Jestem wdową, mam siedmioro dzieci. Nie mamy tu nikogo i jesteśmy bardzo biedni. Mój najstarszy syn jest zapaśnikiem, jutro ma zmierzyć się z przybyłym z daleka wielkim mistrzem. Jeśli go pokona, zyska sławę i możliwość zarobku. Jeśli przegra, nie będziemy mieli za co żyć. Ale zwycięstwo wydaje się niemożliwe. Dlatego proszę wszystkich, by modlili się za niego.” Oczywiście Purjā-je Wali przegrał tę walkę i dopiero po tej porażce został mistrzem kompletnym.

Odbiegnę daleko od Iranu, ale ciekawe wydaje mi się porównanie tej historyjki z opowieściami o najsłynniejszym japońskim szermierzu, Miyamoto Musashim. Otóż niezwyciężony Musashi doznał oświecenia i został szermierzem kompletnym dopiero gdy został pokonany przez uzbrojonego jedynie w motykę staruszka…

I wracamy do irańskiego mistrza… Purjā-je Wali, jak niemało innych Irańczyków, był także podobno poetą. Piszę podobno, bo nigdy nie widziałem jego utworów innych niż ten – znany każdemu Irańczykowi – dwuwiersz:

oftādegi āmuz agar talab-e fejzi
hargez nachorad āb zamini ke boland ast

ucz się pokory jeśli pragniesz mądrości
nigdy nie pija wody ziemia na wysokości

Oprócz bohaterów dawnych wieków (obiecuję, że już zbliżamy się do końca), mamy też bohaterów współczesności. Prawdziwym kultem jest w Iranie otoczony Gholamrezā Tachti, mistrz olimpijski w zapasach bodaj z ’56. Widzi się w nim współczesne ucieleśnienie ideału pahlawāna, wzór skromności i poświęcenia, opowiada historie podobne do tych o Purjā-je Walim (łącznie z tym jakoby Tachti podczas meczu zapaśniczego ZSRR-Iran miał zbiec z maty, żeby przeprosić siedzącą na trybunach matkę pokonanego przez siebie zawodnika i powiedzieć, że to jej syn zasłużył na zwycięstwo). Tachti często ćwiczył w zurchāne, jego zdjęcia z milami w rękach są wszechobecne. Jego legendę wzmacnia uporczywie powtarzane domniemanie, jakoby został zamordowany przez SAVAK (zmarł w młodym wieku, a krytyczny wobec reżimu szacha podobno faktycznie był).

To tyle. Jeśli “sport bohaterów” przyjmie się kiedyś w Polsce, to pamiętajcie że to ode mnie usłyszeliście o nim po raz pierwszy,

Babylonians speak to us now

Let’s help the buzz spread:

A team from University of Cambridge put online a collection of Babylonian and Assyrian texts with recordings. Nerdcore!

Of course, neither the UoC team nor the rest of us (apart from the occasional necromancer perhaps – step up, folks I know you’re reading) can be sure how did the Babylonian language really sound like. So the recordings – a reconstuction based on modern Semitic languages – are probably quite far off. Still, a nice little thing to read and listen to.

I’ve seen this first on omniglot and later on languagehat. Both are really worth reading (LH better suits my tastes).